Witam po raz ostatni na tym blogu !! :) Obiecałam wam, że dodam tutaj adres mojego nowego bloga z dramione, a ja obietnic dotrzymuję, więc zaraz wstawiam linka ! Bloga na razie rozkręca się i to bardzo powoli, ale historia jest zaplanowana z góry :)
http://dramione-na-zawsze-i-od-zawsze.blogspot.com/
Kocham was i dziękuję, że ze mną byliście ~!
Melanie lives...
Jeżeli coś kochasz,puść to wolno. Jeśli wróci - jest twoje. Jeśli nie, nigdy nie było twoje.
piątek, 10 stycznia 2014
wtorek, 31 grudnia 2013
Epilog
Cześć ! Tak się cieszę, że to już koniec. Jutro minie
równiusieńkie pół roku, odkąd prowadzę tego bloga. Niestety, ale żegnam się z
wami tym epilogiem. Nie na długo. W niedalekiej przyszłości (czytaj: gdzieś tak
w styczniu :D) powinna pojawić się jeszcze notka zawierająca link do mojego
nowego bloga. Z góry mówię, że jest to tematyka „Dramione” z Harrego Pottera.
Nie wiem, czy będziecie czytać i czy spodoba się wam, ale myślę, że zostaniecie
ze mną. Jeśli chodzi o dzisiejszy ostatni rozdział, to informuję z góry, że
jest on pisany z perspektywy narratora, a nie Melanie, jak zawsze. Reszty
dowiecie się, czytając. Udanego sylwestra życzę i szczęśliwego nowego roku ! Do
zobaczenia.
♥ ~~ ♥ ~~ ♥ ~~ ♥ ~~ ♥ ~~
3 lata później.
Melanie
nigdy, ale to prze nigdy nie spodziewała się, że czas może lecieć tak szybko.
Tyle się wydarzyło w przeciągu tych trzech ostatnich lat… Teraz jest już
dorosłą dziewiętnastolatką. Wyładniała i to bardzo. Jej włosy nadal przybierają
kolor kasztanowy, jednak teraz sięgają jej za pośladki. Oczy nadal się nie
zmieniły. Zawsze będą czekoladowe. Talia Mel także jest niczego sobie.
Dziewczyna miała trochę czasu, by zaokrąglić kształty tu i ówdzie. Ostatnimi
czasy bardzo polubiła sport. W pierwszej klasie oczywiście go nienawidziła, ale
uświadomiła sobie, że jak teraz się za siebie nie weźmie, to w wieku
sześćdziesięciu lat skończy jako siwiejąca staruszka ze skrzywieniem
kręgosłupa. Tak więc często odwiedza siłownię. Parę miesięcy temu skończyła
liceum. Egzaminy zdała olśniewająco. Wszystko poszło jej świetnie. Bez
problemów dostanie się na wyższą uczelnię. W Londynie oczywiście. Póki co, nie
chciała opuszczać na razie rodziców. Zrobiła sobie niedawno prawo jazdy. Tata
kupił jej na osiemnastkę nowiusieńki samochód, volkswagena garbusa. Melanie zawsze
podobały się takie samochody, choć tanie to one nie były.
Mel właśnie szykowała się na randkę. Były wakacje. Dużo się pozmieniało u niej w życiu, ale jedno zostało : ona nadal kocha Chrisa, a Chris nadal kocha ją. Przynajmniej tak jej się wydawało. Robiła sobie właśnie makijaż. Rzęsy wytuszowała na czarno, następnie namalowała czarne, grubsze kreski i do tego nałożyła brązowe cienie. Na twarz nałożyła podkład, a usta lekko musnęła błyszczykiem. Potem poszła do pokoju i przebrała się w sukienkę z kwiatowymi wzorami i brązowe koturny. Na rękę założyła zegarek, na szyję naszyjnik, a na uszy kolczyki i tak gotowa wyszła z domu. Była bardzo szczęśliwa, bowiem dzisiaj obchodzi trzecią rocznicę z Chrisem. Kupiła mu całkiem kosztowny zegarek. Myśli, że spodoba mu się. Wyszła dom, uprzednio go zamykając. Rodzice wyszli na spacer. To takie urocze, że pomimo swojego dojrzałego wieku nadal pokazują na każdym kroku swoją miłość. Nawet takie badziewne gesty, jak pocałunek w policzek, czy chodzenie za rękę, robią wielkie wrażenie.
Mel szła wolnym krokiem do ich ulubionej kafejki. To tutaj mieli się spotkać. Chris mówił, że to, gdzie pójdą potem, to niespodzianka. Dlatego brunetka miała problem z doborem butów. Ale postawiła na koturny. Trudno. Tak więc szła na umówione miejsce, cała w skowronkach. Wiedziała, że jej chłopaka stać na wielkie rzeczy. W ich pierwszą rocznicę przygotował romantyczny dzień tylko we dwoje w domku na plaży, w drugą rocznicę natomiast zaplanował rejs statkiem z bukietem przepięknych róż i kolacją. Dzisiaj także będzie zapewne ciekawie. Do kawiarenki dotarła piętnaście minut prze czasem. Przy wejściu zauważyła jakąś całującą się parę. Chłopak był odwrócony tyłem do Melanie. Widać było, że ta dwójka ma się ku sobie i chyba się kochają. Ten pocałunek nawet z drugiej strony ulicy wygląda bardzo namiętnie. Tyle, że Mel miała takie prze dziwne uczucie, że skądś zna tego chłopaka. Te włosy. Tak kurtka. Identyczną Mel dała Chrisowi na ich pierwszą rocznicę. Skórzana z czarnym pasem na dole. Chwila… chłopak w tym momencie odwrócił się do Melanie. Cały świat tej biednej dziewiętnastolatki runął w jednym momencie. Okazało się, że ten chłopak, który tak namiętnie całował tą blondynkę, to Chris ! Melanie szybko ściągnęła buty i wzięła je do ręki, a potem wzięła nogi za pas. Uciekała najszybciej, jak tylko potrafiła. Oczywiście Chris dogonił ją bez problemu.
- Mel, poczekaj ! To nie tak, jak myślisz ! – Próbował złapać ją za nadgarstek, jednak nadaremnie. Dziewczyna wyrywała się z całych sił.
- Zostaw mnie ty dupku ! Jak mogłeś ?! W naszą trzecią rocznicę ! Nie chcę cię znać, nienawidzę cię ! – Krzyczała wniebogłosy Melanie. Przyciągała tym na siebie spojrzenia prawie każdego przechodnia na tej ulicy, ale to się dla niej nie liczyło. Pobiegła do lasku, niedaleko swojego domu. Znalazła tam swój ukochany mostek. Usiadła. Wcześniej kapały jej pojedyncze łzy, ale teraz dopiero dała im upust. Słone kropelki lały się z jej oczu strumieniami. Była załamana. Nie sądziła, że Chris posunie się do czegoś takiego, jak zdrada. Zawsze był taki uroczy, kochany… nikt nie spodziewałby się po nim czegoś takiego. Nikt, poza Melanie. Dziewczyna już od dawna zauważała, że chłopak nie ma dla niej czasu, ale tłumaczyła się tym, że pomaga ojcu lub przygotowuje się do wyjazdu. Miał wyjeżdżać do Ameryki na studia. Nagle brunetka usłyszała jakieś kroki. Odwróciła się i ujrzała… Shane’a. Chyba nie miała ochoty z nim rozmawiać. Najlepiej olałaby cały świat. Chłopak przyuważył, że jego była płacze. Chciał zapytać, o co chodzi, ale z własnego doświadczenia wie, że ludzie, którzy mają doła, nie znoszą pytań tego typu. Usiadł koło niej. Melanie, bez zastanowienia przytuliła się do niego. Objął ją ramieniem i wtulił w siebie. Trwali tak przez pewien czas, póki dziewczyna nie uspokoiła się.
- Przepraszam. – Powiedziała cicho dziewczyna, głosem zachrypniętym od płaczu.
- Ale nie masz za co. – Powiedział śmiejącym się głosem Shane.
- Poplamiłam ci tuszem koszulę. – Brązowooka przetarła kciukiem koszulę, na której była czarna plama.
- Nie szkodzi, mam w domu pralkę. – Uśmiechnął się chłopak. Chciał dodać Mel trochę odwagi, by w końcu sama się przyznała, dlaczego tak płakała. Jednak nic takiego nie nastąpiło. – Powiesz ? – Zapytał krótko. Wiedział, że dziewczyna już go rozumie. Ostatnimi czasy od nowa zaczęli przyjaźń. Kilka razy w miesiącu spotykali się właśnie w lasku na mostku i opowiadali sobie różne rzeczy. Oboje za sobą bardzo tęsknili, jednak żadne się do tego nie przyznało, bo bało się reakcji drugiego.
- Chris mnie zdradził. – Powiedziała Melanie. Głowę cały czas miała spuszczoną. Shane na samą to wiadomość aż zacisnął pięści ze złości. Okropnie żałował tej zdrady sprzed trzech lat. Uświadomił sobie, że Mel to świetna dziewczyna, a on popełnił błąd życia.
- A to dupek… Współczuję. – Odparł Shane i ponownie objął ramieniem Melanie.
- Czemu ja muszę mieć takiego pecha w życiu ? Zawsze trafiam na samych zdrajców. – Powiedziała jakby do siebie Mel, ale dopiero teraz zdała sobie sprawę z obecności Shane’a, który posmutniał. – Oj, ni chciałam. – Tłumaczyła się. – Oczywiście, wybaczyłam ci, ale spójrzmy prawdzie w oczy. Najpierw ty, potem Chris… - Zamyśliła się. I jak ona ma ufać ludziom, skoro przez cały czas jest oszukiwana i okłamywana ?
- Sam wiem, co czujesz…
- Doprawdy ?
- Niestety. Jakieś pół roku po naszym rozstaniu zdradziła mnie dziewczyna. Potwornie się wtedy czułem. Uświadomiłem sobie, że ty czułaś się identycznie. Od tamtej pory się zmieniłem. Próbowałem cię przeprosić, ale jakoś nigdy nie mogłem cię złapać. Życie zawsze toczyło się i nie stawało w miejscu. Odpuściłem. Ale sumienie kazało mi walczyć. Walczyłem. I wywalczyłem sobie przyjaźń z tobą. Teraz mogę być najdumniejszym człowiekiem na świecie. – Odpowiedział Shane zgodnie z prawdą. Odwrócił głowę w przeciwną stronę, bowiem na jego twarzy zakwitły lekkie rumieńce. Melanie uśmiechnęła się pod nosem.
- Też się cieszę, że znów rozmawiamy. Ale teraz niestety, chcę wrócić do domu. W poduszkę się lepiej wypłaczę, niż w deskę od oparcia mostku. – Uśmiechnęła się słabo.
- Może cię odprowadzę ? - Zaproponował Shane.
- Jasne, czemu nie. – Oboje wstali. Mel wzięła do ręki swoje buty i razem z brunetem poszli w stronę wyjścia od lasku. Szli w ciszy, ale nie była to krępująca cisza. To była cisza, której potrzebowali oboje. Musieli pomyśleć. Kiedy doszli pod dom Mel, spotkała ich niespodzianka. Chris stał koło furtki. Melanie odruchowo złapała Shane’a za rękę.
- Widzę, że szybko się pocieszyłaś. – Syknął Chris i odszedł w drugą stronę. Dwójka trzymających się za ręce wzdrygnęła się w tym samym momencie. Shane użył tych samych słów, kiedy zrywał z Mel.
- Dzięki, że mnie odprowadziłeś. – Odezwała się Mel. – Dalej sobie poradzę. Do zobaczenia. – Powiedziała krótko i udała się w stronę furtki.
W domu panowała błoga cisza. Taka, jakiej Melanie właśnie potrzebowała. Buty zostawiła w korytarzu i zaraz udała się do swojego pokoju. Wzięła do ręki bokserkę i spodenki i udała się w kierunku łazienki. Najpierw zmyła z siebie makijaż, a potem weszła pod prysznic. Wraz ze strumieniami wody spłynął cały stres. Brunetka wiedziała, że nie na długo, ale lepsze te 10 minut, niż wcale. Umyła dokładnie włosy, wcierając w nie szampon o zapachu miodu, a potem odżywkę i spłukała. Potem umyła ciało. Następnie wyszła i wytarła się. Na mokrych włosach zaplotła warkoczyka, dzięki czemu potem pojawią się małe fale, i poszła do pokoju. Włączyła z laptopa swoją ulubioną składankę dołujących piosenek i położyła się na łóżku. Łzy znów spływały po jej policzkach. Patrzyła się tępo w okno. Wzrok miała nieobecny. Nie zakocham się już nigdy w życiu, myślała. To za bardzo boli. W pewnym sensie miała rację. Bo łatwiej jest wyrzucić tysiące rubli z kieszeni, aniżeli jedno przywiązanie z serca. Ale była też trochę wdzięczna Chrisowi. Pokazał jej swoje prawdziwe oblicze. Dobrze, że dowiedziała się teraz, a nie na przykład po ich ślubie. Melanie bardzo często stwarzała w swojej głowie scenariusze, jak brała ślub z Chrisem, albo jak bawili razem gromadkę ich uroczych dzieciaczków. Teraz już wie, że to nigdy nie nastąpi. Nagle dziewczyna usłyszała jakieś odgłosy na dole. To pewnie rodzice wrócili.
- Mel już jest. – Mel usłyszała głos taty.
- Tak szybko ? Miała iść z Chrisem na randkę rocznicową. – Mimo, że Mel nie widziała mamy, to słyszała jej zdziwienie w głosie. – Pójdę sprawdzić, co z nią. – O nie ! Mama przecież nie może zobaczyć Mel w takim stanie ! Pewnie zacznie się wypytywanie. Dziewczyna chciała schować się w łazience, ale było za późno. Drzwi do jej pokoju otworzyły się…
- Mel ? Kochanie, co się stało ? – Mama w zawrotnie szybkim tempie podeszła do łóżka, na którym leżała zapłakana dziewczyna. Mel, widząc mamę, rozpłakała się jeszcze bardziej. Zawsze tak było, jak płakała i spojrzała na rodzicielkę.
- Mamo… - tyle zdołała z siebie wykrztusić dziewczyna. Szlochanie w ramię własnej matki działa na dziecko najlepiej.
- Ciii, nie płacz kochanie. Już dobrze. – Pani Williams głaskała swoją córkę po głowie.
- Zdradził mnie. – Wyszlochała Mel i znów się przytuliła do jedynej osoby w tym pokoju. Jaka była w tym czasie mina pani Williams ? Szok wymalowany na twarzy. Nie mogła pojąc, jak ten miły chłopak, który często odwiedzał Melanie i był wobec niej kochany i czuły, mógł ją zdradzić.
- Nie płacz słonko. Nie jest wart twoich łez. – Głos mamy Mel był bardzo kojący i uspokajający. Brunetka ostatnimi siłami podniosła się, otarła łzy z policzków i uśmiechnęła blado.
- Dziękuję. – Wyszeptała.
- Oczywiście. Pójdę na dół i przygotuję ci gorącą czekoladę, co ? – Zapytała i uśmiechnęła się pocieszająco.
- Tak. – Pokiwała głową Mel. Pani Williams wstała i wyszła z pokoju. Brunetka natomiast znów położyła się na łóżku i wpatrywała w drzewo za oknem.
Melanie siedziała w swoim pokoju, a raczej leżała, od dwóch godzin. Poprosiła mamę, żeby nikt nie wchodził do jej pokoju, bo chce pomyśleć o tym, co zrobi dalej. Wiedziała. Pójdzie do Chrisa, przywali mu w twarz i powie, że jest świnią i że to koniec. To najlepsze rozwiązanie w tym wypadku. Mel jest typem osoby, która bardzo rzadko kiedy daje drugą szansę chłopakowi, który ją zdradził. I pilnuje się tej zasady. Shane’ owi wybaczyła, ale 1) to był jedyny w swoim rodzaju wyjątek, a poza tym 2) przecież nie chodzi z blondynem. Są dobrymi przyjaciółmi i tego będą się trzymać. Ni stąd, ni zowąd, dziewczyna poczuła zapach dymu i spalenizny. Jakby gdzieś był pożar. Nie ukrywała, była odrobinę przestraszona. Bo nawet najgorszemu wrogowi nie życzyłaby pożaru. Spojrzała przez okno, ale nigdzie nie widziała dymu. I nagle… ujrzała dym wlatujący do jej pokoju przez szparkę od drzwi. O nie ! Ten pożar jest u niej ! Szybko otworzyła drzwi, ale zaraz tego pożałowała. Chmara szarej mgły wpadła do pomieszczenia. Mel opanował straszliwy kaszel. Podeszła do okna i otworzyła je na oścież. Potem zajrzała do szafy i wyciągnęła z niej pierwszą lepszą bluzkę. Zakryła sobie usta ubraniem i wyszła do pokoju. Prawie nic nie widziała. Na wyczucie zeszła po schodach. Ogień dochodził z kuchni. Mel pomyślała o rodzicach. Mama mówiła jej, że wychodzi do sklepu, bo wieczorem chce upiec jakieś ciasto i potrzebuje składników. A tata ? Zauważyła jego koszulę. Siedział na kanapie. Podbiegła do niego najszybciej, na ile było to możliwe. Ogień powoli dochodził do salonu. Brunetka była wyczerpana. Dym rozszarpywał jej płuca od środka, powoli się dusiła. Odrzuciła bluzkę, którą zatykała sobie usta, na bok. Od razu zjadł ją ogień. Wzięła tatę pod pachy i zaciągnęła do drzwi. Nie do końca się jej to udało. W połowie drogi poczuła mrowienie w nogach. Puściła tatę i sama odleciała. Ciemność pogłębiała się z każdą chwilą. Ostatnie, co usłyszała, dźwięki wozu strażackiego. Zemdlała.
Mel właśnie szykowała się na randkę. Były wakacje. Dużo się pozmieniało u niej w życiu, ale jedno zostało : ona nadal kocha Chrisa, a Chris nadal kocha ją. Przynajmniej tak jej się wydawało. Robiła sobie właśnie makijaż. Rzęsy wytuszowała na czarno, następnie namalowała czarne, grubsze kreski i do tego nałożyła brązowe cienie. Na twarz nałożyła podkład, a usta lekko musnęła błyszczykiem. Potem poszła do pokoju i przebrała się w sukienkę z kwiatowymi wzorami i brązowe koturny. Na rękę założyła zegarek, na szyję naszyjnik, a na uszy kolczyki i tak gotowa wyszła z domu. Była bardzo szczęśliwa, bowiem dzisiaj obchodzi trzecią rocznicę z Chrisem. Kupiła mu całkiem kosztowny zegarek. Myśli, że spodoba mu się. Wyszła dom, uprzednio go zamykając. Rodzice wyszli na spacer. To takie urocze, że pomimo swojego dojrzałego wieku nadal pokazują na każdym kroku swoją miłość. Nawet takie badziewne gesty, jak pocałunek w policzek, czy chodzenie za rękę, robią wielkie wrażenie.
Mel szła wolnym krokiem do ich ulubionej kafejki. To tutaj mieli się spotkać. Chris mówił, że to, gdzie pójdą potem, to niespodzianka. Dlatego brunetka miała problem z doborem butów. Ale postawiła na koturny. Trudno. Tak więc szła na umówione miejsce, cała w skowronkach. Wiedziała, że jej chłopaka stać na wielkie rzeczy. W ich pierwszą rocznicę przygotował romantyczny dzień tylko we dwoje w domku na plaży, w drugą rocznicę natomiast zaplanował rejs statkiem z bukietem przepięknych róż i kolacją. Dzisiaj także będzie zapewne ciekawie. Do kawiarenki dotarła piętnaście minut prze czasem. Przy wejściu zauważyła jakąś całującą się parę. Chłopak był odwrócony tyłem do Melanie. Widać było, że ta dwójka ma się ku sobie i chyba się kochają. Ten pocałunek nawet z drugiej strony ulicy wygląda bardzo namiętnie. Tyle, że Mel miała takie prze dziwne uczucie, że skądś zna tego chłopaka. Te włosy. Tak kurtka. Identyczną Mel dała Chrisowi na ich pierwszą rocznicę. Skórzana z czarnym pasem na dole. Chwila… chłopak w tym momencie odwrócił się do Melanie. Cały świat tej biednej dziewiętnastolatki runął w jednym momencie. Okazało się, że ten chłopak, który tak namiętnie całował tą blondynkę, to Chris ! Melanie szybko ściągnęła buty i wzięła je do ręki, a potem wzięła nogi za pas. Uciekała najszybciej, jak tylko potrafiła. Oczywiście Chris dogonił ją bez problemu.
- Mel, poczekaj ! To nie tak, jak myślisz ! – Próbował złapać ją za nadgarstek, jednak nadaremnie. Dziewczyna wyrywała się z całych sił.
- Zostaw mnie ty dupku ! Jak mogłeś ?! W naszą trzecią rocznicę ! Nie chcę cię znać, nienawidzę cię ! – Krzyczała wniebogłosy Melanie. Przyciągała tym na siebie spojrzenia prawie każdego przechodnia na tej ulicy, ale to się dla niej nie liczyło. Pobiegła do lasku, niedaleko swojego domu. Znalazła tam swój ukochany mostek. Usiadła. Wcześniej kapały jej pojedyncze łzy, ale teraz dopiero dała im upust. Słone kropelki lały się z jej oczu strumieniami. Była załamana. Nie sądziła, że Chris posunie się do czegoś takiego, jak zdrada. Zawsze był taki uroczy, kochany… nikt nie spodziewałby się po nim czegoś takiego. Nikt, poza Melanie. Dziewczyna już od dawna zauważała, że chłopak nie ma dla niej czasu, ale tłumaczyła się tym, że pomaga ojcu lub przygotowuje się do wyjazdu. Miał wyjeżdżać do Ameryki na studia. Nagle brunetka usłyszała jakieś kroki. Odwróciła się i ujrzała… Shane’a. Chyba nie miała ochoty z nim rozmawiać. Najlepiej olałaby cały świat. Chłopak przyuważył, że jego była płacze. Chciał zapytać, o co chodzi, ale z własnego doświadczenia wie, że ludzie, którzy mają doła, nie znoszą pytań tego typu. Usiadł koło niej. Melanie, bez zastanowienia przytuliła się do niego. Objął ją ramieniem i wtulił w siebie. Trwali tak przez pewien czas, póki dziewczyna nie uspokoiła się.
- Przepraszam. – Powiedziała cicho dziewczyna, głosem zachrypniętym od płaczu.
- Ale nie masz za co. – Powiedział śmiejącym się głosem Shane.
- Poplamiłam ci tuszem koszulę. – Brązowooka przetarła kciukiem koszulę, na której była czarna plama.
- Nie szkodzi, mam w domu pralkę. – Uśmiechnął się chłopak. Chciał dodać Mel trochę odwagi, by w końcu sama się przyznała, dlaczego tak płakała. Jednak nic takiego nie nastąpiło. – Powiesz ? – Zapytał krótko. Wiedział, że dziewczyna już go rozumie. Ostatnimi czasy od nowa zaczęli przyjaźń. Kilka razy w miesiącu spotykali się właśnie w lasku na mostku i opowiadali sobie różne rzeczy. Oboje za sobą bardzo tęsknili, jednak żadne się do tego nie przyznało, bo bało się reakcji drugiego.
- Chris mnie zdradził. – Powiedziała Melanie. Głowę cały czas miała spuszczoną. Shane na samą to wiadomość aż zacisnął pięści ze złości. Okropnie żałował tej zdrady sprzed trzech lat. Uświadomił sobie, że Mel to świetna dziewczyna, a on popełnił błąd życia.
- A to dupek… Współczuję. – Odparł Shane i ponownie objął ramieniem Melanie.
- Czemu ja muszę mieć takiego pecha w życiu ? Zawsze trafiam na samych zdrajców. – Powiedziała jakby do siebie Mel, ale dopiero teraz zdała sobie sprawę z obecności Shane’a, który posmutniał. – Oj, ni chciałam. – Tłumaczyła się. – Oczywiście, wybaczyłam ci, ale spójrzmy prawdzie w oczy. Najpierw ty, potem Chris… - Zamyśliła się. I jak ona ma ufać ludziom, skoro przez cały czas jest oszukiwana i okłamywana ?
- Sam wiem, co czujesz…
- Doprawdy ?
- Niestety. Jakieś pół roku po naszym rozstaniu zdradziła mnie dziewczyna. Potwornie się wtedy czułem. Uświadomiłem sobie, że ty czułaś się identycznie. Od tamtej pory się zmieniłem. Próbowałem cię przeprosić, ale jakoś nigdy nie mogłem cię złapać. Życie zawsze toczyło się i nie stawało w miejscu. Odpuściłem. Ale sumienie kazało mi walczyć. Walczyłem. I wywalczyłem sobie przyjaźń z tobą. Teraz mogę być najdumniejszym człowiekiem na świecie. – Odpowiedział Shane zgodnie z prawdą. Odwrócił głowę w przeciwną stronę, bowiem na jego twarzy zakwitły lekkie rumieńce. Melanie uśmiechnęła się pod nosem.
- Też się cieszę, że znów rozmawiamy. Ale teraz niestety, chcę wrócić do domu. W poduszkę się lepiej wypłaczę, niż w deskę od oparcia mostku. – Uśmiechnęła się słabo.
- Może cię odprowadzę ? - Zaproponował Shane.
- Jasne, czemu nie. – Oboje wstali. Mel wzięła do ręki swoje buty i razem z brunetem poszli w stronę wyjścia od lasku. Szli w ciszy, ale nie była to krępująca cisza. To była cisza, której potrzebowali oboje. Musieli pomyśleć. Kiedy doszli pod dom Mel, spotkała ich niespodzianka. Chris stał koło furtki. Melanie odruchowo złapała Shane’a za rękę.
- Widzę, że szybko się pocieszyłaś. – Syknął Chris i odszedł w drugą stronę. Dwójka trzymających się za ręce wzdrygnęła się w tym samym momencie. Shane użył tych samych słów, kiedy zrywał z Mel.
- Dzięki, że mnie odprowadziłeś. – Odezwała się Mel. – Dalej sobie poradzę. Do zobaczenia. – Powiedziała krótko i udała się w stronę furtki.
W domu panowała błoga cisza. Taka, jakiej Melanie właśnie potrzebowała. Buty zostawiła w korytarzu i zaraz udała się do swojego pokoju. Wzięła do ręki bokserkę i spodenki i udała się w kierunku łazienki. Najpierw zmyła z siebie makijaż, a potem weszła pod prysznic. Wraz ze strumieniami wody spłynął cały stres. Brunetka wiedziała, że nie na długo, ale lepsze te 10 minut, niż wcale. Umyła dokładnie włosy, wcierając w nie szampon o zapachu miodu, a potem odżywkę i spłukała. Potem umyła ciało. Następnie wyszła i wytarła się. Na mokrych włosach zaplotła warkoczyka, dzięki czemu potem pojawią się małe fale, i poszła do pokoju. Włączyła z laptopa swoją ulubioną składankę dołujących piosenek i położyła się na łóżku. Łzy znów spływały po jej policzkach. Patrzyła się tępo w okno. Wzrok miała nieobecny. Nie zakocham się już nigdy w życiu, myślała. To za bardzo boli. W pewnym sensie miała rację. Bo łatwiej jest wyrzucić tysiące rubli z kieszeni, aniżeli jedno przywiązanie z serca. Ale była też trochę wdzięczna Chrisowi. Pokazał jej swoje prawdziwe oblicze. Dobrze, że dowiedziała się teraz, a nie na przykład po ich ślubie. Melanie bardzo często stwarzała w swojej głowie scenariusze, jak brała ślub z Chrisem, albo jak bawili razem gromadkę ich uroczych dzieciaczków. Teraz już wie, że to nigdy nie nastąpi. Nagle dziewczyna usłyszała jakieś odgłosy na dole. To pewnie rodzice wrócili.
- Mel już jest. – Mel usłyszała głos taty.
- Tak szybko ? Miała iść z Chrisem na randkę rocznicową. – Mimo, że Mel nie widziała mamy, to słyszała jej zdziwienie w głosie. – Pójdę sprawdzić, co z nią. – O nie ! Mama przecież nie może zobaczyć Mel w takim stanie ! Pewnie zacznie się wypytywanie. Dziewczyna chciała schować się w łazience, ale było za późno. Drzwi do jej pokoju otworzyły się…
- Mel ? Kochanie, co się stało ? – Mama w zawrotnie szybkim tempie podeszła do łóżka, na którym leżała zapłakana dziewczyna. Mel, widząc mamę, rozpłakała się jeszcze bardziej. Zawsze tak było, jak płakała i spojrzała na rodzicielkę.
- Mamo… - tyle zdołała z siebie wykrztusić dziewczyna. Szlochanie w ramię własnej matki działa na dziecko najlepiej.
- Ciii, nie płacz kochanie. Już dobrze. – Pani Williams głaskała swoją córkę po głowie.
- Zdradził mnie. – Wyszlochała Mel i znów się przytuliła do jedynej osoby w tym pokoju. Jaka była w tym czasie mina pani Williams ? Szok wymalowany na twarzy. Nie mogła pojąc, jak ten miły chłopak, który często odwiedzał Melanie i był wobec niej kochany i czuły, mógł ją zdradzić.
- Nie płacz słonko. Nie jest wart twoich łez. – Głos mamy Mel był bardzo kojący i uspokajający. Brunetka ostatnimi siłami podniosła się, otarła łzy z policzków i uśmiechnęła blado.
- Dziękuję. – Wyszeptała.
- Oczywiście. Pójdę na dół i przygotuję ci gorącą czekoladę, co ? – Zapytała i uśmiechnęła się pocieszająco.
- Tak. – Pokiwała głową Mel. Pani Williams wstała i wyszła z pokoju. Brunetka natomiast znów położyła się na łóżku i wpatrywała w drzewo za oknem.
Melanie siedziała w swoim pokoju, a raczej leżała, od dwóch godzin. Poprosiła mamę, żeby nikt nie wchodził do jej pokoju, bo chce pomyśleć o tym, co zrobi dalej. Wiedziała. Pójdzie do Chrisa, przywali mu w twarz i powie, że jest świnią i że to koniec. To najlepsze rozwiązanie w tym wypadku. Mel jest typem osoby, która bardzo rzadko kiedy daje drugą szansę chłopakowi, który ją zdradził. I pilnuje się tej zasady. Shane’ owi wybaczyła, ale 1) to był jedyny w swoim rodzaju wyjątek, a poza tym 2) przecież nie chodzi z blondynem. Są dobrymi przyjaciółmi i tego będą się trzymać. Ni stąd, ni zowąd, dziewczyna poczuła zapach dymu i spalenizny. Jakby gdzieś był pożar. Nie ukrywała, była odrobinę przestraszona. Bo nawet najgorszemu wrogowi nie życzyłaby pożaru. Spojrzała przez okno, ale nigdzie nie widziała dymu. I nagle… ujrzała dym wlatujący do jej pokoju przez szparkę od drzwi. O nie ! Ten pożar jest u niej ! Szybko otworzyła drzwi, ale zaraz tego pożałowała. Chmara szarej mgły wpadła do pomieszczenia. Mel opanował straszliwy kaszel. Podeszła do okna i otworzyła je na oścież. Potem zajrzała do szafy i wyciągnęła z niej pierwszą lepszą bluzkę. Zakryła sobie usta ubraniem i wyszła do pokoju. Prawie nic nie widziała. Na wyczucie zeszła po schodach. Ogień dochodził z kuchni. Mel pomyślała o rodzicach. Mama mówiła jej, że wychodzi do sklepu, bo wieczorem chce upiec jakieś ciasto i potrzebuje składników. A tata ? Zauważyła jego koszulę. Siedział na kanapie. Podbiegła do niego najszybciej, na ile było to możliwe. Ogień powoli dochodził do salonu. Brunetka była wyczerpana. Dym rozszarpywał jej płuca od środka, powoli się dusiła. Odrzuciła bluzkę, którą zatykała sobie usta, na bok. Od razu zjadł ją ogień. Wzięła tatę pod pachy i zaciągnęła do drzwi. Nie do końca się jej to udało. W połowie drogi poczuła mrowienie w nogach. Puściła tatę i sama odleciała. Ciemność pogłębiała się z każdą chwilą. Ostatnie, co usłyszała, dźwięki wozu strażackiego. Zemdlała.
Obudziła się w karetce przed swoim domem. Okropnie bolała ją
głowa. Powoli podniosła się do pozycji siedzącej.
- Wybudziła się pani. Świetnie. Proszę zostać, podamy pani zastrzyk na truciznę. Pani organizm jest pewnie bardzo zatruty przez wdychany dym. – Młody lekarz stojący koło niej gadał jak najęty. Nie miała ochoty go słuchać.
- Proszę ode mnie odejść. Nie chcę żadnych zastrzyków. – Odparła mało kulturalnie Mel i wstała. Wyszła z karetki. Zauważyła jej mamę rozmawiającą ze strażakiem. Kiedy pani Williams ją ujrzała, od razu do niej pobiegła i wtuliła się w jej ramiona.
- Och Mel… nic ci nie jest ? – Pytała mama. Była cała zapłakana.
- Nie, jest w porządku. Co z tatą ?
- Przed chwilą został przewieziony do szpitala. Jest nieprzytomny. Mocno uderzył się w głowę, jak upadł. Strażacy znaleźli was na środku salonu. Jest w krytycznym stanie. – pani Williams była bardzo przejęta.
- Leżałam u siebie pokoju i poczułam dym. Ulatniał się do mojego pokoju przez szparę w drzwiach. Było go mnóstwo, więc otworzyłam okno i wyciągnęłam bluzkę z szafy, żeby zatkać buzię. Szukałam was wszędzie. Przypomniałam sobie, że ty wyszłaś do sklepu, a tatę ujrzałam cudem. Chciałam go wyciągnąć z domu, więc wzięłam go pod pachy i kierowałam do wyjścia, ale sama zemdlałam w połowie drogi.
- Matko boska. Dobrze, że nic ci nie jest. Może pójdziesz się zbadać do karetki ? – Zanim Melanie zdążyła odpowiedzieć, podszedł do nich lekarz.
- Pani Williams, zapraszam na zastrzyk do karetki. – Powiedział blondyn w lekarskim kitlu.
- Kochanie, przebadaj się. – Powiedziała mama.
- To w szpitalu, ale teraz zastrzyk. – Nalegał lekarz.
- To moja córka, proszę pana i nie będzie mi pan mówił, co najpierw ! – pani Williams powoli podnosiła głos.
- Owszem, jednak pozwolę sobie potwierdzić, że to ja jestem lekarzem i lepiej wiem, co powinno być lepsze dla pani córki. – Lekarz także nie ukrywał już zdenerwowania. Kłóciliby się tak dalej, gdyby nie Melanie, która całkiem odruchowo dotknęła swojej kieszeni. Poczuła tak kluczyki od samochodu i…
- PRZESTAŃCIE W KOŃCU ! – Ryknęła młoda dorosła. – Musicie się kłócić w tej chwili ? Nie wiadomo, czy tata przeżyje, a tu toczy się rozmowa, czy zastrzyk powinien być pierwszy ?! Mam dość ! – Krzyczała Mel. Nie zważając na nikogo, pobiegła do garażu. Wsiadła do swojego samochodu i ruszyła. Nie wiedziała, dokąd jechać. Najlepiej przed siebie. Pomyślała, że pojedzie na obrzeża miasta. Tam nikt jej nie znajdzie. Wróci jutro, może będzie lepiej. Poczuła brzęczenie w prawej kieszeni spodenek. To pewnie mama do niej dzwoniła. Ale nie będzie odbierać. Tata uczył ją, że nie odbiera się podczas jazdy.
- Wybudziła się pani. Świetnie. Proszę zostać, podamy pani zastrzyk na truciznę. Pani organizm jest pewnie bardzo zatruty przez wdychany dym. – Młody lekarz stojący koło niej gadał jak najęty. Nie miała ochoty go słuchać.
- Proszę ode mnie odejść. Nie chcę żadnych zastrzyków. – Odparła mało kulturalnie Mel i wstała. Wyszła z karetki. Zauważyła jej mamę rozmawiającą ze strażakiem. Kiedy pani Williams ją ujrzała, od razu do niej pobiegła i wtuliła się w jej ramiona.
- Och Mel… nic ci nie jest ? – Pytała mama. Była cała zapłakana.
- Nie, jest w porządku. Co z tatą ?
- Przed chwilą został przewieziony do szpitala. Jest nieprzytomny. Mocno uderzył się w głowę, jak upadł. Strażacy znaleźli was na środku salonu. Jest w krytycznym stanie. – pani Williams była bardzo przejęta.
- Leżałam u siebie pokoju i poczułam dym. Ulatniał się do mojego pokoju przez szparę w drzwiach. Było go mnóstwo, więc otworzyłam okno i wyciągnęłam bluzkę z szafy, żeby zatkać buzię. Szukałam was wszędzie. Przypomniałam sobie, że ty wyszłaś do sklepu, a tatę ujrzałam cudem. Chciałam go wyciągnąć z domu, więc wzięłam go pod pachy i kierowałam do wyjścia, ale sama zemdlałam w połowie drogi.
- Matko boska. Dobrze, że nic ci nie jest. Może pójdziesz się zbadać do karetki ? – Zanim Melanie zdążyła odpowiedzieć, podszedł do nich lekarz.
- Pani Williams, zapraszam na zastrzyk do karetki. – Powiedział blondyn w lekarskim kitlu.
- Kochanie, przebadaj się. – Powiedziała mama.
- To w szpitalu, ale teraz zastrzyk. – Nalegał lekarz.
- To moja córka, proszę pana i nie będzie mi pan mówił, co najpierw ! – pani Williams powoli podnosiła głos.
- Owszem, jednak pozwolę sobie potwierdzić, że to ja jestem lekarzem i lepiej wiem, co powinno być lepsze dla pani córki. – Lekarz także nie ukrywał już zdenerwowania. Kłóciliby się tak dalej, gdyby nie Melanie, która całkiem odruchowo dotknęła swojej kieszeni. Poczuła tak kluczyki od samochodu i…
- PRZESTAŃCIE W KOŃCU ! – Ryknęła młoda dorosła. – Musicie się kłócić w tej chwili ? Nie wiadomo, czy tata przeżyje, a tu toczy się rozmowa, czy zastrzyk powinien być pierwszy ?! Mam dość ! – Krzyczała Mel. Nie zważając na nikogo, pobiegła do garażu. Wsiadła do swojego samochodu i ruszyła. Nie wiedziała, dokąd jechać. Najlepiej przed siebie. Pomyślała, że pojedzie na obrzeża miasta. Tam nikt jej nie znajdzie. Wróci jutro, może będzie lepiej. Poczuła brzęczenie w prawej kieszeni spodenek. To pewnie mama do niej dzwoniła. Ale nie będzie odbierać. Tata uczył ją, że nie odbiera się podczas jazdy.
Jechała bardzo, bardzo szybko. Nie patrzyła
na licznik, bo bała się własnej reakcji. To się stało tak szybko. Była na
stromym zboczu. Akurat był ostry zakręt w prawo, a z naprzeciwka jechała duża
ciężarówka. Bardzo panikowała. Próbowała zwolnić, ale hamulce zepsuły się
właśnie w tej chwili. Była wstrząśnięta. Wiedziała, co ją czeka, wiedziała, że
to koniec. Telefon nadal nie dawał jej spokoju. Słońce zaświeciło w szybę, oślepiając
ją tym. I stało się. Nie słyszała już nic. Żadnej ciężarówki, żadnego telefonu.
Nie widziała już nic. Żadnej drogi, słońca, czy zbocza. Była tylko ciemność.
Trzy tygodnie później
Melanie leżała w szpitalu. Słyszała tylko jakieś szmery i szepty.
Wydawało jej się, że jest u siebie w pokoju. Ostatnie, co pamięta to pożar w domu.
Co było dalej ? Usłyszała głos taty.
- Patrzcie, budzi się. – Powiedział słabym od płaczu głosem. Mel w ogóle nie miała ochoty otwierać oczu. Było jej tak dobrze, kiedy nie musiała niczego słyszeć i widzieć.
- Mel, słońce, otwórz oczy. – Błagała pani Williams. Też płakała. Brunetka musiała się przełamać. Uchyliła powieki, jednak zaraz tego pożałowała, bowiem było bardzo jasno. Słońce zaświeciło w szybę, oślepiając ją tym. Powoli przypominała sobie wszystkie elementy z tego wypadku. Serce zaczęło walić jej, jak szalone.
- Mamo… tato… - tylko tyle zdołała wyszeptać Melanie. Mimo, że miała zamknięte oczy, popłynęła z nich samotna łza.
- Nie płacz kochanie, już wszystko dobrze. – Szeptała mama. Mel znów otworzyła oczy. Powoli, przyzwyczajała się do jasności.
- Tato… wszystko w porządku ? – Głos Mel nie brzmiał całkiem, jak jej głos. Był słaby i zachrypnięty.
- O mnie się nie martw, wyjdę z tego. Jak się czujesz ? – Pan Williams złapał swoją córkę za rękę. Mel poczuła, że chce jej się pić. Pani Williams musiała to zauważyć, bo jak na zawołanie wzięła szklankę z wodą i małą łyżeczką wlała do buzi Mel trochę płynu. Dziewczyna przyjęła go z ulgą.
- Nie wiem.- Powiedziała całkiem nieobecna. Ale naprawdę nie wiedziała, jak się czuła. Czyżby zapomniała, jak działają ludzkie uczucia ? Omiotła wzrokiem pomieszczenie, w którym się znajdowali. Poza nią i rodzicami przy jej łóżku stał Shane. Jak on się dowiedział ? – A tak w ogóle ile ja tu leżę ? Jaki jest dzień ?
- Dzisiaj mija równe trzy tygodnie od wypadku. Jest sobota. – Powiedziała jakaś kobieta, która leżała na drugim końcu Sali. Była bardzo spokojna.
- Trzy tygodnie ? – Chciała się podnieść, ale poczuła nieprzyjemny ból w kręgosłupie. Aż syknęła.
- Nie wstawaj kochanie. Masz złamany kręgosłup. – Powiedziała mama.
- Przespałam trzy tygodnie ? – Melanie nie dowierzała.
- Byłaś w śpiączce farmakologicznej. – Odezwał się nagle lekarz, który wszedł do Sali. Powoli robił się mały tłum. – Prosiłbym państwa o opuszczenie Sali. Chcemy zrobić pacjentce podstawowe badania. – Poprosiły wysoki blondyn. Melanie przypomniała sobie, że to on był w karetce, kiedy zemdlała po pożarze. Rodzice brunetki wyszli razem z Shane’m.
Po pół godzinie badań rodzice i Shane znów mogli wejść.
- Państwa córka nie trzyma się najgorzej. Ma jedynie złamany kręgosłup i nogę. Melanie, czy pamiętasz, co się wydarzyło parę tygodni temu ? – Zapytał się nagle doktor młodej dziewczyny.
- Był pożar… zemdlałam… potem wsiadłam do samochodu i miałam wypadek… co z tym kierowcą ? – Spytała Mel, przypominając sobie kierowcę ciężarówki.
- Jakim kierowcą ? – Wszyscy na Sali byli bardzo zdziwieni.
- Prawie że zderzyłam się z kierowcą ciężarówki. Co z nim ? – Nagle olśniło lekarza prowadzącego.
- Ach tak. Wyszedł cało, nic mu się nie stało. To on zadzwonił po karetkę. – Powiedział całkiem pogodnie lekarz. Na jego plakietce widniały słowa : Aleksander Brown. Nagle Mel popatrzyła na Shane’a. Pani Williams to widocznie zauważyła, bo szturchnęła męża i powiedziała.
- Chodź Oscar, chyba chcą porozmawiać. – I zaraz znikli za drzwiami. Pan Williams chyba nie był z tego faktu zadowolony, bowiem obiecał sobie, że będzie trochę bardziej pilnował córki po tym wypadku z Chrisem. Oczywiście Shane’a lubił najbardziej z jej wszystkich chłopaków, ale.. spójrzmy prawdzie w oczy, ten chłopak także skrzywdził jego córkę. Pan doktor uśmiechnął się i także wyszedł. Kobieta leżąca na drugim końcu Sali odwróciła się do nich plecami, udając, że idzie spać. Shane natomiast podszedł do Mel, przyklęknął przy łóżku i wziął rękę dziewczyny.
- Jest dobrze. – Odezwała się Melanie. Postawa, w jakiej obecnie znajdował się chłopak, trochę ją śmieszyła. Wyglądało to, jak zaręczyny. Parsknęła śmiechem. Zdziwiony blondyn nie wiedział, o co chodzi, jednak zaraz się poprawił i sam się uśmiechnął.
- Bez urazy, ale nie będę ci się jeszcze oświadczał. – Oboje zaśmiali się na tą uwagę. Brunetka dobrze przetworzyła w głowie jego słowa i nagle spoważniała.
- Jeszcze. – Powiedziała jakby do siebie. Wzrok miała nieobecny.
- Tak. Jeszcze. – Shane był raczej zadowolony, że powiedział to słowo.
- Shane, co ty kombinujesz ? – Mel przybrała na twarz zdziwiony uśmiech.
- Ożenić się z tobą, mieć gromadkę dzieci, przeżyć wspaniały miesiąc miodowy i zestarzeć się, a przy śmierci powiedzieć, że żałuję zdrady i jestem głupi. – Powiedział uśmiechnięty Shane.
- Co ? – Brunetka była bardzo zdziwiona, bowiem nic nie zrozumiała z tej wyliczanki blondyna.
- Kocham cię, Melanie Williams. – I nie zważając na nic, pocałował ją słodko w usta.
- Patrzcie, budzi się. – Powiedział słabym od płaczu głosem. Mel w ogóle nie miała ochoty otwierać oczu. Było jej tak dobrze, kiedy nie musiała niczego słyszeć i widzieć.
- Mel, słońce, otwórz oczy. – Błagała pani Williams. Też płakała. Brunetka musiała się przełamać. Uchyliła powieki, jednak zaraz tego pożałowała, bowiem było bardzo jasno. Słońce zaświeciło w szybę, oślepiając ją tym. Powoli przypominała sobie wszystkie elementy z tego wypadku. Serce zaczęło walić jej, jak szalone.
- Mamo… tato… - tylko tyle zdołała wyszeptać Melanie. Mimo, że miała zamknięte oczy, popłynęła z nich samotna łza.
- Nie płacz kochanie, już wszystko dobrze. – Szeptała mama. Mel znów otworzyła oczy. Powoli, przyzwyczajała się do jasności.
- Tato… wszystko w porządku ? – Głos Mel nie brzmiał całkiem, jak jej głos. Był słaby i zachrypnięty.
- O mnie się nie martw, wyjdę z tego. Jak się czujesz ? – Pan Williams złapał swoją córkę za rękę. Mel poczuła, że chce jej się pić. Pani Williams musiała to zauważyć, bo jak na zawołanie wzięła szklankę z wodą i małą łyżeczką wlała do buzi Mel trochę płynu. Dziewczyna przyjęła go z ulgą.
- Nie wiem.- Powiedziała całkiem nieobecna. Ale naprawdę nie wiedziała, jak się czuła. Czyżby zapomniała, jak działają ludzkie uczucia ? Omiotła wzrokiem pomieszczenie, w którym się znajdowali. Poza nią i rodzicami przy jej łóżku stał Shane. Jak on się dowiedział ? – A tak w ogóle ile ja tu leżę ? Jaki jest dzień ?
- Dzisiaj mija równe trzy tygodnie od wypadku. Jest sobota. – Powiedziała jakaś kobieta, która leżała na drugim końcu Sali. Była bardzo spokojna.
- Trzy tygodnie ? – Chciała się podnieść, ale poczuła nieprzyjemny ból w kręgosłupie. Aż syknęła.
- Nie wstawaj kochanie. Masz złamany kręgosłup. – Powiedziała mama.
- Przespałam trzy tygodnie ? – Melanie nie dowierzała.
- Byłaś w śpiączce farmakologicznej. – Odezwał się nagle lekarz, który wszedł do Sali. Powoli robił się mały tłum. – Prosiłbym państwa o opuszczenie Sali. Chcemy zrobić pacjentce podstawowe badania. – Poprosiły wysoki blondyn. Melanie przypomniała sobie, że to on był w karetce, kiedy zemdlała po pożarze. Rodzice brunetki wyszli razem z Shane’m.
Po pół godzinie badań rodzice i Shane znów mogli wejść.
- Państwa córka nie trzyma się najgorzej. Ma jedynie złamany kręgosłup i nogę. Melanie, czy pamiętasz, co się wydarzyło parę tygodni temu ? – Zapytał się nagle doktor młodej dziewczyny.
- Był pożar… zemdlałam… potem wsiadłam do samochodu i miałam wypadek… co z tym kierowcą ? – Spytała Mel, przypominając sobie kierowcę ciężarówki.
- Jakim kierowcą ? – Wszyscy na Sali byli bardzo zdziwieni.
- Prawie że zderzyłam się z kierowcą ciężarówki. Co z nim ? – Nagle olśniło lekarza prowadzącego.
- Ach tak. Wyszedł cało, nic mu się nie stało. To on zadzwonił po karetkę. – Powiedział całkiem pogodnie lekarz. Na jego plakietce widniały słowa : Aleksander Brown. Nagle Mel popatrzyła na Shane’a. Pani Williams to widocznie zauważyła, bo szturchnęła męża i powiedziała.
- Chodź Oscar, chyba chcą porozmawiać. – I zaraz znikli za drzwiami. Pan Williams chyba nie był z tego faktu zadowolony, bowiem obiecał sobie, że będzie trochę bardziej pilnował córki po tym wypadku z Chrisem. Oczywiście Shane’a lubił najbardziej z jej wszystkich chłopaków, ale.. spójrzmy prawdzie w oczy, ten chłopak także skrzywdził jego córkę. Pan doktor uśmiechnął się i także wyszedł. Kobieta leżąca na drugim końcu Sali odwróciła się do nich plecami, udając, że idzie spać. Shane natomiast podszedł do Mel, przyklęknął przy łóżku i wziął rękę dziewczyny.
- Jest dobrze. – Odezwała się Melanie. Postawa, w jakiej obecnie znajdował się chłopak, trochę ją śmieszyła. Wyglądało to, jak zaręczyny. Parsknęła śmiechem. Zdziwiony blondyn nie wiedział, o co chodzi, jednak zaraz się poprawił i sam się uśmiechnął.
- Bez urazy, ale nie będę ci się jeszcze oświadczał. – Oboje zaśmiali się na tą uwagę. Brunetka dobrze przetworzyła w głowie jego słowa i nagle spoważniała.
- Jeszcze. – Powiedziała jakby do siebie. Wzrok miała nieobecny.
- Tak. Jeszcze. – Shane był raczej zadowolony, że powiedział to słowo.
- Shane, co ty kombinujesz ? – Mel przybrała na twarz zdziwiony uśmiech.
- Ożenić się z tobą, mieć gromadkę dzieci, przeżyć wspaniały miesiąc miodowy i zestarzeć się, a przy śmierci powiedzieć, że żałuję zdrady i jestem głupi. – Powiedział uśmiechnięty Shane.
- Co ? – Brunetka była bardzo zdziwiona, bowiem nic nie zrozumiała z tej wyliczanki blondyna.
- Kocham cię, Melanie Williams. – I nie zważając na nic, pocałował ją słodko w usta.
piątek, 27 grudnia 2013
Rozdział 40 - ostatni
Święta tego roku minęły mi w zawrotnie szybkim tempie. Jak
nigdy. W wigilię przyszli do nas Matthew z Gabriele i malutkim Tobby’m. Ten
bobasek jest taki uroczy ! Włosy ma niemalże platynowe, po mamie. Usta i nosek
malusieńkie i drobniusieńkie, jak mama. Jednak oczy…. Najpiękniejsze, jakie
widziałam. Poza oczyma Matthewsa oczywiście. Młody właśnie po tacie zyskał
przepiękne, czekoladowe, głębokie, duże tęczówki. Wygląda z nimi tak słodko !
Jak na pierwszy miesiąc, jest bardzo spokojny. Nie rozrabia zbytnio, nie płacze
dużo. Wspominałam wam kiedyś, że kocham małe dzieci ? Nie ? W takim razie mówię
wam teraz. Te urwisy urzekają mnie. Zawsze miałam dobre podejście do dzieci.
Gabriele stwierdziła nawet, że świetnie się sprawuję w roli cioci. Nie powiem,
schlebiło mi to. Jeśli chodzi o dzieci, to uwielbiam komplementy do mojej
osoby. Taa, wiem, co teraz myślicie… skromna ja. Ale taka jest prawda.
W Boże Narodzenie to my wybraliśmy się do mojego brata i jego narzeczonej. Dowiedziałam się tam, że zostanę ich druhną na ślubie. Wybierałam z Gabriele sukienkę, która podobała mi się, jak żadna inna. Gabi kupiła ją już kiedyś dla swojej młodszej siostry. Okazało się, że razem z tą dziewczyną mamy identyczne rozmiary. Kiecka leżała na mnie, jakby była uszyta na miarę. Idealna.
- Ok. Skoro ja jestem druhną, to kto jest druhem ? – spytałam.
- Druhem został mój znajomy z Blackpool, Kasper. Ma 18 lat. Powiedział, że postara się do nas przyjechać na czas. Wiesz… robi sobie przedwczesnego sylwestra z kolegami. – Gabriele zrobiła minę a’la face palm.
- Ha ha ha ha, rozumiem cię. – Powiedziałam przez łzy śmiechu. Mina Gabi mówiła wszystko.
Gabriele okazała się być świetną dziewczyną. Wesoła, miła, przyjacielska, śmieszna, życzliwa. Mnóstwo jest czasowników, które by ją opisały. Cieszę się, że będzie moją szwagierką. Tak właściwie to jest trochę przeciwieństwem Matthewsa. Ale tylko troszeczkę. Mati jest… trochę dynamiczny. Lubi wszystko, co jest żywe. Ale tak nie dosłownie. Bo chodzi mi o to, że on uwielbia, jak się coś dzieje, jak jest jakieś zamieszanie lub napięta atmosfera. Swoimi żartami załatwia sprawę. Po 5 minutach kłótni następuje 50 minut śmiechu. I za to zdążyłam go pokochać.
Do domu wróciliśmy około 22:00. Musiałam sobie jakoś odrobić te… 16 lat niewiedzy o moim bracie, dlatego też ciągle przedłużałam powrót do domu. Dzisiejszy dzień zaliczam do zdecydowanie udanych.
Drugiego dnia świąt miała do nas przyjechać ciocia Bella z wujkiem Rudolfem. Jednak nie miałam chyba ochoty na całuski z ciocią, która miała płomienną czerwoną szminkę i nawyk całowanie ludzi po trzy razy w każdy policzek. Dlatego też porozmawiałam z mamą i – za jej zgodą oczywiście – nocowałam u Rose razem z Susi. Ostatnio moje kontakty z dziewczynami odrobinę osłabły. Chyba są zazdrosne, że spędzam większość czasu z Julie i Clarą no i z chłopakami. Nie rozumiem ich, ponieważ a) chodzę z dziewczynami do szkoły i to normalne, że spędzamy ze sobą mnóstwo czasu. Szkoły przecież nie rzucę. A poza tym to b) Chris nie jest zazdrosny o moje ciągłe kontakty z chłopakami. Chyba pogadam o tym dzisiaj z dziewczynami.
Tak więc o szesnastej ulotniłam się z domu. Na dworze było już ciemno. Jedynie gwiazdy i pobliskie latarnie uliczne rozświetlały świat. Niebo było bezchmurne. Piękne.Ubrana byłam w granatowe rurki, czerwony sweterek z reniferem oraz buty nike. Na uszach widniały mi kolczyki – ciasteczka, a na ręce bransoletka wyglądająca, jakby była robiona ze sznurka. Miałam na sobie jeszcze ciepłą, zimową kurtkę z ocieplanym kapturem. Do domu Rose doszłam w ok. 20 minut. Zazwyczaj idę na skróty i jestem w 10, ale warunki pogodowe (CZYTAJ : ciemność, której się boję) mi na to nie pozwalały. Wolę dłużej, a bezpieczniej. Przywitała mnie pani Gray. Mama Rose była dosyć tęgą kobietą z rudawymi włosami i piegami niemal na każdej części twarzy. Jej piwne oczy dodawały jej tylko uroku.
- Och, dzień dobry Melanie. – Uśmiechnęła się do mnie szczerze starsza kobieta. – Co cię do nas sprowadza ? – Zapytała.
- Dzień dobry. Miałam dzisiaj nocować u Rose… nie mówiła pani ? – Spytałam. Nie jestem pewna, czy wyszło to zbyt grzecznie, ale zdziwienie nie pozwalało sobie wydobyć ze mnie choćby krzty kultury.
- Wspominała mi tylko, że ma przyjść Susan. – Pani Gray także była mocno zdziwiona. – Och, gdzież moje maniery ! Proszę, wejdź. – Weszłam do domu. Zawsze było tu bardzo przytulnie. Ściągnęłam kurtkę i buty i skierowałam się na górę, do pokoju Rose. Zapukałam w drzwi : odpowiedziało mi cichutkie „proszę”.
- Cześć dziewczyny. – Uśmiechnęłam się promiennie. Weszłam, zamykając za sobą drzwi.
- Och, to ty. – Odparła Susan. Moje oczy powoli robiły się wielkości spodków od herbaty. Całkiem milutkie powitanie, nie ma co !
- Co cię do nas sprowadza ? – Zapytała Rose. Aż otworzyłam usta ze zdziwienia. Dlaczego były dla mnie takie oschłe ?
- Rozmowa. – Powiedziałam krótko, ale stanowczo. Usiadłam na łóżku. – Możecie mi powiedzieć, o co chodzi ? – Spytałam. Na kilometr dało się u mnie wyczuć zdenerwowanie zmieszane ze złością. Ja ich nigdy tak nie traktowałam !
- A o co ma chodzić ? O nic nie chodzi. – Odparła wymijając Susi.
- Właśnie widzę, jak o nic nie chodzi ! Dziewczyny, dlaczego jesteście dla mnie takie oschłe ? Czemu nie chcecie ze mną rozmawiać ? Czemu nie odbieracie telefonów ? Dlaczego nie możemy normalnie porozmawiać ? – Spytałam. Ledwo, co skończyłam, a odezwała się Rose. Była wściekła.
- Porozmawiać ?! Dziewczyno, ty chyba nie wiesz, co mówisz ! Jak mamy z tobą rozmawiać, skoro widzimy się raz na miesiąc ? Okej, może my też mamy mnóstwo roboty w szkole i w ogóle, ale jakoś znajdujemy dla siebie czas ! A nie latamy za jakimiś pieprzonymi koleżaneczkami albo koleżkami ! – Rose niemal krzyczała. Starała się nie podnosić głosu, żeby jej mama nie przyszła. A ja… w jednej chwili cała krew odpłynęła z mojej twarzy. Czułam się okropnie.
- S-słucham ? Jak możesz tak mówić ?! Ja się staram ! Spędzam czas z Clarą i Julie, bo obie tego potrzebują ! Obie przeszły w życiu już tyle, co wy nigdy nie przejdziecie do końca swoich dni ! A przynajmniej ty, Rose. – To ostatnie zdanie powiedziałam już ciszej. Przypomniałam sobie, że przecież Susi straciła ojca.
- Niby co takiego one mogły przejść, czego ja nigdy nie przejdę w życiu ?! – Rose wstała. Susan już się nie odzywała. Widocznie nie miała zamiaru brać udziału w kłótni.
- Jedną ojciec molestował w dzieciństwie, a druga prawie się utopiła ! – Wykrzyczałam jej prosto w twarz. – Jak ty byś się czuła, gdyby spotkało cię coś takiego ? Albo gdybyś spotkała w życiu takie osoby, jak byś się zachowywała w stosunku do nich ? Olała ? No to przepraszam bardzo, ale nie jestem tobą ! A z chłopakami spędzam czas, bo wierzę, że mój Chris jest uczciwy i mi ufa. Dlaczego mam nie mieć dobrych kontaktów z całą klasą ? Z chłopakami też ! Bo co ? Bo tobie się to nie podoba ? Bo twoje życie jest kolorowe ? Bo jesteś zapatrzona w siebie ? W takim razie ja już nie mam przyjaciółki. – Powiedziałam i wybiegłam z pokoju. Pierwsze łzy spływały po moich policzkach. Nareszcie wszystko z siebie wyrzuciłam. Szczerze ? Ulżyło mi. Szybko pobiegłam do korytarza, włożyłam buty i kurtkę i wyszłam z domu. Rose nawet się nie kwapiła, żeby za mną pobiec. Teraz to dopiero pokazała swoją przyjacielskość ! Ale cieszę się, że się o tym przekonałam. Lepiej późno, niż wcale. Szłam przed siebie. Na drodze nie było ani jednego samochodu. Wszyscy siedzieli w domach i świętowali. Nagle telefon mi zabrzęczał. Dostałam smsa od… Rose.
W Boże Narodzenie to my wybraliśmy się do mojego brata i jego narzeczonej. Dowiedziałam się tam, że zostanę ich druhną na ślubie. Wybierałam z Gabriele sukienkę, która podobała mi się, jak żadna inna. Gabi kupiła ją już kiedyś dla swojej młodszej siostry. Okazało się, że razem z tą dziewczyną mamy identyczne rozmiary. Kiecka leżała na mnie, jakby była uszyta na miarę. Idealna.
- Ok. Skoro ja jestem druhną, to kto jest druhem ? – spytałam.
- Druhem został mój znajomy z Blackpool, Kasper. Ma 18 lat. Powiedział, że postara się do nas przyjechać na czas. Wiesz… robi sobie przedwczesnego sylwestra z kolegami. – Gabriele zrobiła minę a’la face palm.
- Ha ha ha ha, rozumiem cię. – Powiedziałam przez łzy śmiechu. Mina Gabi mówiła wszystko.
Gabriele okazała się być świetną dziewczyną. Wesoła, miła, przyjacielska, śmieszna, życzliwa. Mnóstwo jest czasowników, które by ją opisały. Cieszę się, że będzie moją szwagierką. Tak właściwie to jest trochę przeciwieństwem Matthewsa. Ale tylko troszeczkę. Mati jest… trochę dynamiczny. Lubi wszystko, co jest żywe. Ale tak nie dosłownie. Bo chodzi mi o to, że on uwielbia, jak się coś dzieje, jak jest jakieś zamieszanie lub napięta atmosfera. Swoimi żartami załatwia sprawę. Po 5 minutach kłótni następuje 50 minut śmiechu. I za to zdążyłam go pokochać.
Do domu wróciliśmy około 22:00. Musiałam sobie jakoś odrobić te… 16 lat niewiedzy o moim bracie, dlatego też ciągle przedłużałam powrót do domu. Dzisiejszy dzień zaliczam do zdecydowanie udanych.
Drugiego dnia świąt miała do nas przyjechać ciocia Bella z wujkiem Rudolfem. Jednak nie miałam chyba ochoty na całuski z ciocią, która miała płomienną czerwoną szminkę i nawyk całowanie ludzi po trzy razy w każdy policzek. Dlatego też porozmawiałam z mamą i – za jej zgodą oczywiście – nocowałam u Rose razem z Susi. Ostatnio moje kontakty z dziewczynami odrobinę osłabły. Chyba są zazdrosne, że spędzam większość czasu z Julie i Clarą no i z chłopakami. Nie rozumiem ich, ponieważ a) chodzę z dziewczynami do szkoły i to normalne, że spędzamy ze sobą mnóstwo czasu. Szkoły przecież nie rzucę. A poza tym to b) Chris nie jest zazdrosny o moje ciągłe kontakty z chłopakami. Chyba pogadam o tym dzisiaj z dziewczynami.
Tak więc o szesnastej ulotniłam się z domu. Na dworze było już ciemno. Jedynie gwiazdy i pobliskie latarnie uliczne rozświetlały świat. Niebo było bezchmurne. Piękne.Ubrana byłam w granatowe rurki, czerwony sweterek z reniferem oraz buty nike. Na uszach widniały mi kolczyki – ciasteczka, a na ręce bransoletka wyglądająca, jakby była robiona ze sznurka. Miałam na sobie jeszcze ciepłą, zimową kurtkę z ocieplanym kapturem. Do domu Rose doszłam w ok. 20 minut. Zazwyczaj idę na skróty i jestem w 10, ale warunki pogodowe (CZYTAJ : ciemność, której się boję) mi na to nie pozwalały. Wolę dłużej, a bezpieczniej. Przywitała mnie pani Gray. Mama Rose była dosyć tęgą kobietą z rudawymi włosami i piegami niemal na każdej części twarzy. Jej piwne oczy dodawały jej tylko uroku.
- Och, dzień dobry Melanie. – Uśmiechnęła się do mnie szczerze starsza kobieta. – Co cię do nas sprowadza ? – Zapytała.
- Dzień dobry. Miałam dzisiaj nocować u Rose… nie mówiła pani ? – Spytałam. Nie jestem pewna, czy wyszło to zbyt grzecznie, ale zdziwienie nie pozwalało sobie wydobyć ze mnie choćby krzty kultury.
- Wspominała mi tylko, że ma przyjść Susan. – Pani Gray także była mocno zdziwiona. – Och, gdzież moje maniery ! Proszę, wejdź. – Weszłam do domu. Zawsze było tu bardzo przytulnie. Ściągnęłam kurtkę i buty i skierowałam się na górę, do pokoju Rose. Zapukałam w drzwi : odpowiedziało mi cichutkie „proszę”.
- Cześć dziewczyny. – Uśmiechnęłam się promiennie. Weszłam, zamykając za sobą drzwi.
- Och, to ty. – Odparła Susan. Moje oczy powoli robiły się wielkości spodków od herbaty. Całkiem milutkie powitanie, nie ma co !
- Co cię do nas sprowadza ? – Zapytała Rose. Aż otworzyłam usta ze zdziwienia. Dlaczego były dla mnie takie oschłe ?
- Rozmowa. – Powiedziałam krótko, ale stanowczo. Usiadłam na łóżku. – Możecie mi powiedzieć, o co chodzi ? – Spytałam. Na kilometr dało się u mnie wyczuć zdenerwowanie zmieszane ze złością. Ja ich nigdy tak nie traktowałam !
- A o co ma chodzić ? O nic nie chodzi. – Odparła wymijając Susi.
- Właśnie widzę, jak o nic nie chodzi ! Dziewczyny, dlaczego jesteście dla mnie takie oschłe ? Czemu nie chcecie ze mną rozmawiać ? Czemu nie odbieracie telefonów ? Dlaczego nie możemy normalnie porozmawiać ? – Spytałam. Ledwo, co skończyłam, a odezwała się Rose. Była wściekła.
- Porozmawiać ?! Dziewczyno, ty chyba nie wiesz, co mówisz ! Jak mamy z tobą rozmawiać, skoro widzimy się raz na miesiąc ? Okej, może my też mamy mnóstwo roboty w szkole i w ogóle, ale jakoś znajdujemy dla siebie czas ! A nie latamy za jakimiś pieprzonymi koleżaneczkami albo koleżkami ! – Rose niemal krzyczała. Starała się nie podnosić głosu, żeby jej mama nie przyszła. A ja… w jednej chwili cała krew odpłynęła z mojej twarzy. Czułam się okropnie.
- S-słucham ? Jak możesz tak mówić ?! Ja się staram ! Spędzam czas z Clarą i Julie, bo obie tego potrzebują ! Obie przeszły w życiu już tyle, co wy nigdy nie przejdziecie do końca swoich dni ! A przynajmniej ty, Rose. – To ostatnie zdanie powiedziałam już ciszej. Przypomniałam sobie, że przecież Susi straciła ojca.
- Niby co takiego one mogły przejść, czego ja nigdy nie przejdę w życiu ?! – Rose wstała. Susan już się nie odzywała. Widocznie nie miała zamiaru brać udziału w kłótni.
- Jedną ojciec molestował w dzieciństwie, a druga prawie się utopiła ! – Wykrzyczałam jej prosto w twarz. – Jak ty byś się czuła, gdyby spotkało cię coś takiego ? Albo gdybyś spotkała w życiu takie osoby, jak byś się zachowywała w stosunku do nich ? Olała ? No to przepraszam bardzo, ale nie jestem tobą ! A z chłopakami spędzam czas, bo wierzę, że mój Chris jest uczciwy i mi ufa. Dlaczego mam nie mieć dobrych kontaktów z całą klasą ? Z chłopakami też ! Bo co ? Bo tobie się to nie podoba ? Bo twoje życie jest kolorowe ? Bo jesteś zapatrzona w siebie ? W takim razie ja już nie mam przyjaciółki. – Powiedziałam i wybiegłam z pokoju. Pierwsze łzy spływały po moich policzkach. Nareszcie wszystko z siebie wyrzuciłam. Szczerze ? Ulżyło mi. Szybko pobiegłam do korytarza, włożyłam buty i kurtkę i wyszłam z domu. Rose nawet się nie kwapiła, żeby za mną pobiec. Teraz to dopiero pokazała swoją przyjacielskość ! Ale cieszę się, że się o tym przekonałam. Lepiej późno, niż wcale. Szłam przed siebie. Na drodze nie było ani jednego samochodu. Wszyscy siedzieli w domach i świętowali. Nagle telefon mi zabrzęczał. Dostałam smsa od… Rose.
Ty mnie chyba w ogóle nie znasz.
Kolejne słone łzy. Szybko jej odpisałam.
I chyba nie chcę cię poznać…
Kolejny sms nie przyszedł. To był definitywny koniec naszej przyjaźni. Zastanawiałam się, jak będzie teraz z Susan. Ona też się ode mnie odwróci ? Też stwierdzi, że nie pasuję do ich towarzystwa ? To zależy już tylko od niej. Może wybierze trochę inną ścieżkę niż Rose…
Może łez na moich policzkach. Nie miałam ochoty wracać do domu w takim stanie. Wybrałam się do miasta. Wszystko było pięknie oświetlone i ubrane. Big Ben i most pięknie świeciły żółtymi lampkami, natomiast choinki, urząd miasta i mnóstwo innych budynków promieniowało kolorami tęczy. Wszędzie były lampki świąteczne. I bombki. Miasto wyglądało dzisiaj bardzo dziwnie. Nigdzie nie spotkałam jeszcze samochodu. Było tak… cicho. Nastrojowo. Podeszłam pod murek stojący koło zegara i usiadłam na nim. Był bardzo szeroki, więc spokojnie podciągnęłam nogi pod brodę. Spojrzałam na Tamizę. Wszystkie światła tak przepięknie odbijały się w gładkiej tafli wody. Rzeka nie była zamarznięta. W ogóle nie odczuwałam grudniowego mrozu. Przymknęłam oczy. Rozkoszowałam się ciszą, gdy nagle… ktoś odchrząknął. Gwałtownie otworzyłam powieki i moim oczom ukazał się Bruno, mój sąsiad z ulicy.
- Ooo, hej Bruno. – Powiedziałam niepewnie. Ku mojej uldze, chłopak się uśmiechnął.
- Cześć Mel. A co ty tak sama siedzisz tutaj, w drugi dzień świąt ? – Usiadł na murku, koło mnie. Jednak zaczął mi się przyglądać. – Chwila… ty płakałaś ? – Ujął mój podbródek, zmuszając mnie tym, żebym na niego popatrzyła. – Chris ?
- Niee. Rose. – Odparłam krótko. Czasami rozumiemy się nawet jednym słowem. Bruno bez słowa przybliżył się do mnie i objął ramieniem. Wtuliłam się w jego tors, jak mała dziewczynka. Jednak po chwili odsunęłam się od niego. Mimo, że byliśmy w mieście sami, nie chciałam, żeby ktoś nas zobaczył, a potem rozpuścił plotki. Wolę chuchać na zimne. Popatrzyłam na Brunona przepraszającym wzrokiem.
- Rozumiem. – Uśmiechnął się pocieszająco. Naprawdę mnie rozumiał. – Opowiadaj, co się stało. – Zaproponował. Opowiedziałam mu pokrótce o całym zdarzeniu w domu Rose. Bruno nie wierzył własnym uszom. – Naprawdę ? Rose powiedziała coś takiego ? – Jemu, tak samo jak mi, trudno było uwierzyć w całe to zamieszanie.
- Niestety. – Cudem hamowałam własne łzy.
- Nie martw się. Najwyraźniej nie była oddaną przyjaciółką, skoro powiedziała takie niestworzone rzeczy. – Pocieszał mnie Bruno.
- Dzięki Bruno. Z tobą to zawsze można pogadać o wszystkim. – Uśmiechnęłam się blado.
- Do usług. – Zrobił tak czarującą minę, że aż żal mi było nie zaśmiać się. Po chwili i brunet dołączył do mnie i śmialiśmy się jak opętani. – Ale teraz, droga pani, wracajmy już, bo jeszcze się rozchorujesz na wesele brata. – Powiedział już całkiem poważnie.
- Skąd ty … ?
- Skąd wiem, że Matthew się żeni ? Też dostałem zaproszenie. – Uśmiechnął się promiennie. – Gabriele jest moją kuzynką. Przyjeżdżała do nas czasami. – Odparł gładko.
- No tak ! Wiedziałam, że gdzieś już ją widziałam ! – Powiedziałam triumfalnie.
Wróciliśmy do domu w około 15 minut. Bardzo nie chciałam spędzać reszty tego dnia z ukochaną rodzinką. Miałam ochotę przejść do mojego pokoju niezauważona, ponieważ kiedy tylko ściągnęłam buty i kurtkę…
- Mel ? – Dobiegł mnie głos mamy. Była w kuchni i przygotowywała jakieś danie. – A co ty robisz w domu ? Nie miałaś nocować u Rose ? A może czegoś zapomniałaś ? Przecież nie wzięłaś piżamy i szczoteczki ! – Mama zalewała mnie pytaniami, nie dając mi dojść do słowa.
- Mamo. – Nagle mama uciszyła się. – Pokłóciłam się z Rose. Ale nie chcę teraz o tym mówić, pogadamy potem. Przywitam się z ciocią i wujkiem, a potem pójdę do swojego pokoju. – Stwierdziłam, że okłamywanie mamy nie ma sensu, bo przecież prędzej, czy później i tak dowiedziałaby się prawdy. Podeszła do mnie i z matczyną troską przytuliła. Za to właśnie kocham moją mamę. Nie zadaje pytań, kiedy tego nie chcę i świetnie umie mnie wyczuć.
- Oczywiście kochanie. Połóż się. – Mama ucałowała mnie w czoło, a ja uśmiechnęłam się blado i wyszłam z kuchni. Przywitałam się z wszystkim i powiedziałam, że z chęcią zostałabym na dole, ale boli mnie głowa i chciałam się położyć. Niby kłamstwo nie jest najlepszym rozwiązaniem, ale nie chciałam obarczać własnymi problemami wujostwa, z którym widzimy się dwa razy do roku : na Wielkanoc i teraz. Nie nacieszą się sobą, a może kiedyś im to wszystko opowiem.
Kiedy położyłam głowę na poduszce, od razu po moich policzkach zaczęły spływać łzy. Chciałam je zatamować, ale nie dało się. Muszę się wypłakać. Lepiej teraz, w samotności, niż przy rodzicach, czy znajomych.
6 dni później…
Stałam właśnie przed kościołem, trzymając Chrisa za rękę.
Czekaliśmy, aż pojawi się para młoda. Matthew i Gabriele zaprosili chyba ze 100
gości ! Nie wiem dokładnie, ile, ale było ich mnóstwo. Każdy był ubrany
wyjątkowo, inaczej. Ja miałam na sobie sukienkę, którą wybrała panna młoda we własnej osobie. Uwielbiałam śluby, mimo, że byłam dopiero na dwóch. Teraz
zdarzyła się pierwsza taka okazja, kiedy jestem druhną. Zastanawiało mnie trochę,
jak wyglądał ten chłopak, o którym mówiła Gabi. Miał na imię chyba Kasper. Miałam
właśnie odpowiedzieć na pytanie Chrisa, że cieszę się, iż mój brat nareszcie
się żeni, ale nagle podjechał czarny Volkswagen Touareg z białymi kokardkami na
masce. Para młoda. Najpierw wysiadł Matthew w swoim czarnym garniturze.
Podszedł szybko i otworzył drzwi Gabriele. O matko ! Ta dziewczyna wyglądała co
najmniej, jak 1 000 000 dolarów !! Była przepiękna. Jej sukienka była
niby zwyczajna, a jednak magiczna. Gabi puściła do mnie oczko.
- Chris, Gabriele puściła do mnie oczko. Muszę już iść. – Powiedziałam do swojego chłopaka. Ucałowałam go jeszcze w policzek i podeszłam do pary młodej.
- Cześć kochani. Słuchajcie, wyglądacie zjawiskowo! Wiem, życzenia składa się dopiero po ślubie, ale potem się o was nie dopcham. Dlatego teraz chciałabym wam życzyć mnóstwo szczęścia na nowej drodze życia, żeby wam się dobrze wychowywało Teddy’ego, żeby nigdy nie było między wami sprzeczek i żebyście razem byli do końca życia. – W oczach Gabriele powoli kręciły się łezki, chociaż nie pozwoliła ich wypuścić.
- Bardzo ci dziękujemy Mel. – Powiedział Mati. Ucałowałam zarówno jego, jak i Gabi i wtedy pojawił się Kasper. Żywe bóstwo ! Był to chyba najprzystojniejszy chłopak, jakiego kiedykolwiek w życiu widziałam. Miał odrobinę ciemniejszą karnację od mojej, krótkie włosy z bujną grzywką, postawioną na żel, magiczne oczy wyglądające, jak ocean i śliczny uśmiech. Ideał, pomyślałam. Nagle, chociaż sama tego nie planowałam, odwróciłam się do Chrisa i posłałam mu najpiękniejszy uśmiech, na jaki było mnie stać. Zadziałał mój mózg. Naprawdę ! Wybrał sam za mnie ! Ja – chociaż głupio mi się przyznać – myślałam wtedy o Kasprze, a nie Chrisie. TO znaczy, że mój mózg wie lepiej, kto jest moim ideałem. Dobra robota móżdżku.
Nagle rozległ się marsz weselny i para młoda weszła do kościoła. Razem z Kasprem, powoli kroczyliśmy za nimi. Gabi i Mati robili razem niesamowite wrażenie. Para, jak z bajki.
Kiedy padały słowa przysięgi małżeńskiej, po moim policzku stoczyła się samotna łza. Łza szczęścia, oczywiście. Byłam bardzo zadowolona, że Matthew – mimo, iż znałam go jakieś pół roku – znalazł sobie drugą połówkę na całe życie. Zastanawiałam się, jak będzie wyglądał mój ślub. Zanim zdecyduję się na podjęcie tej zmiany, minie jeszcze trochę czasu. Ale mam nadzieję, że obok mnie, na ślubnym kobiercu, stanie Chris. Kocham tego człowieka całym swoim sercem i nie chciałabym go oddać nikomu innemu.
- Ja, Gabriele biorę sobie ciebie, Matthewsie za męża i ślubuję ci… - Te słowa zawsze mnie urzekały. Czy na prawdziwym ślubie, czy na filmie. Po prostu, kiedy je słyszałam, robiło mi się ciepło na duszy.
Po ceremonii, która trwała dwie godziny, państwo młodzi wyszli na zewnątrz. Zostali obrzuceni przez jakieś młodsze dzieciaki ryżem i drobniakami. Uśmiałam się przy tym, bowiem Matiemu wpadł ryż do oka, przy czym miotał się jak dziki. Potem wszyscy zbiegli się, żeby złożyć im serdeczne życzenia z okazji ich ślubu. W tej samej chwili ja popatrzyłam się na Matthewsa i Gabriele, a oni na mnie. Uśmiechnęliśmy się wszyscy do siebie. Mówiłam, ze tak będzie i to chyba oznaczał ich uśmiech. Po chwili dołączył do mnie Chris.
- Hej kotek. – Uśmiechnął się. – Ty płakałaś ?
- Jedna łza, która oddaje emocje z całego dzisiejszego dnia. – Puściłam oczko w jego stronę , a kąciki moich ust także drgnęły i poszły w górę, tworząc delikatny uśmiech. Chris pocałował mnie. Słodko i namiętnie. Nagle, ku mojemu zdziwieniu, podszedł do nas Kasper.
- Cześć, jestem Kasper. A wy ? – Zapytał się nas, chociaż ciągle patrzył na mnie.
- Ja jestem Melanie, a to mój chłopak, Chris. – Specjalnie przedstawiłam Chrisa, bo chciałam dodać wzmiankę o tym, że jesteśmy parą. Mina Kaspra od razu jakoś tak dziwnie przygasła, a ja uśmiechnęłam się triumfalnie. Brunet uśmiechnął się, a potem udał, że jego „dziewczyna” do niego pisze i że musi iść jej poszukać. Szybko się zmył.
- Powiedziałaś to specjalnie. – Odezwał się Chris, ale także się uśmiechnął.
- Pożerał mnie wzrokiem, więc musiałam coś zdziałać. – Pocałowałam go w policzek. – Chodźmy do samochodu, zaraz pewnie przyjdą rodzice. – Powiedziałam.
- Chris, Gabriele puściła do mnie oczko. Muszę już iść. – Powiedziałam do swojego chłopaka. Ucałowałam go jeszcze w policzek i podeszłam do pary młodej.
- Cześć kochani. Słuchajcie, wyglądacie zjawiskowo! Wiem, życzenia składa się dopiero po ślubie, ale potem się o was nie dopcham. Dlatego teraz chciałabym wam życzyć mnóstwo szczęścia na nowej drodze życia, żeby wam się dobrze wychowywało Teddy’ego, żeby nigdy nie było między wami sprzeczek i żebyście razem byli do końca życia. – W oczach Gabriele powoli kręciły się łezki, chociaż nie pozwoliła ich wypuścić.
- Bardzo ci dziękujemy Mel. – Powiedział Mati. Ucałowałam zarówno jego, jak i Gabi i wtedy pojawił się Kasper. Żywe bóstwo ! Był to chyba najprzystojniejszy chłopak, jakiego kiedykolwiek w życiu widziałam. Miał odrobinę ciemniejszą karnację od mojej, krótkie włosy z bujną grzywką, postawioną na żel, magiczne oczy wyglądające, jak ocean i śliczny uśmiech. Ideał, pomyślałam. Nagle, chociaż sama tego nie planowałam, odwróciłam się do Chrisa i posłałam mu najpiękniejszy uśmiech, na jaki było mnie stać. Zadziałał mój mózg. Naprawdę ! Wybrał sam za mnie ! Ja – chociaż głupio mi się przyznać – myślałam wtedy o Kasprze, a nie Chrisie. TO znaczy, że mój mózg wie lepiej, kto jest moim ideałem. Dobra robota móżdżku.
Nagle rozległ się marsz weselny i para młoda weszła do kościoła. Razem z Kasprem, powoli kroczyliśmy za nimi. Gabi i Mati robili razem niesamowite wrażenie. Para, jak z bajki.
Kiedy padały słowa przysięgi małżeńskiej, po moim policzku stoczyła się samotna łza. Łza szczęścia, oczywiście. Byłam bardzo zadowolona, że Matthew – mimo, iż znałam go jakieś pół roku – znalazł sobie drugą połówkę na całe życie. Zastanawiałam się, jak będzie wyglądał mój ślub. Zanim zdecyduję się na podjęcie tej zmiany, minie jeszcze trochę czasu. Ale mam nadzieję, że obok mnie, na ślubnym kobiercu, stanie Chris. Kocham tego człowieka całym swoim sercem i nie chciałabym go oddać nikomu innemu.
- Ja, Gabriele biorę sobie ciebie, Matthewsie za męża i ślubuję ci… - Te słowa zawsze mnie urzekały. Czy na prawdziwym ślubie, czy na filmie. Po prostu, kiedy je słyszałam, robiło mi się ciepło na duszy.
Po ceremonii, która trwała dwie godziny, państwo młodzi wyszli na zewnątrz. Zostali obrzuceni przez jakieś młodsze dzieciaki ryżem i drobniakami. Uśmiałam się przy tym, bowiem Matiemu wpadł ryż do oka, przy czym miotał się jak dziki. Potem wszyscy zbiegli się, żeby złożyć im serdeczne życzenia z okazji ich ślubu. W tej samej chwili ja popatrzyłam się na Matthewsa i Gabriele, a oni na mnie. Uśmiechnęliśmy się wszyscy do siebie. Mówiłam, ze tak będzie i to chyba oznaczał ich uśmiech. Po chwili dołączył do mnie Chris.
- Hej kotek. – Uśmiechnął się. – Ty płakałaś ?
- Jedna łza, która oddaje emocje z całego dzisiejszego dnia. – Puściłam oczko w jego stronę , a kąciki moich ust także drgnęły i poszły w górę, tworząc delikatny uśmiech. Chris pocałował mnie. Słodko i namiętnie. Nagle, ku mojemu zdziwieniu, podszedł do nas Kasper.
- Cześć, jestem Kasper. A wy ? – Zapytał się nas, chociaż ciągle patrzył na mnie.
- Ja jestem Melanie, a to mój chłopak, Chris. – Specjalnie przedstawiłam Chrisa, bo chciałam dodać wzmiankę o tym, że jesteśmy parą. Mina Kaspra od razu jakoś tak dziwnie przygasła, a ja uśmiechnęłam się triumfalnie. Brunet uśmiechnął się, a potem udał, że jego „dziewczyna” do niego pisze i że musi iść jej poszukać. Szybko się zmył.
- Powiedziałaś to specjalnie. – Odezwał się Chris, ale także się uśmiechnął.
- Pożerał mnie wzrokiem, więc musiałam coś zdziałać. – Pocałowałam go w policzek. – Chodźmy do samochodu, zaraz pewnie przyjdą rodzice. – Powiedziałam.
W restauracji…
Kiedy państwo młodzi weszli, przywitani chlebem z solą i wódką, rozległa się muzyka. Orkiestra zaczęła grać „sto lat” i każdy przyłączył się do śpiewania. Potem zasiedliśmy do stołu. Podano rosół z makaronem, a potem udka z sosem pieczarkowym i puree ziemniaczane oraz zestaw surówek. Wszystko wyglądało bardzo apetycznie, ale nie mogłam jeść, ponieważ bolał mnie brzuch. Ten wieczór będzie i wyjątkowy i nie najlepszy.
piątek, 20 grudnia 2013
Rozdział 39
Witam ! Dzisiaj szkolna wigilia !! Zostałam w domu, bo jakby tego brakowało, rozchorowałam się na same święta. Nie mogłam spędzić tego ostatniego dnia szkolnego w tym roku z moją klasą, ale plusy są takie, że napisałam nowy rozdział !!! Ostatni powinien pojawić się najpóźniej w Boże Narodzenie. A epilog w sylwestra oczywiście. Tak, jak obiecałam. Ale nie zanudzam już. Zapraszam do czytania i komentowania.
Ps. Ten rozdział powstał przy pomocy świetnej piosenki, która dała mi inspirację do napisania.
♥ ~~ ♥ ~~ ♥ ~~ ♥ ~~ ♥ ~~ ♥
Dzisiaj
obudziłam się nietypowo wcześnie, bo o 4:15. Niestety. Toffik chciał wyjść na
pole, więc przyszedł do pokoju i zaczął lizać mnie po ręce. Zawsze tak robi,
jak czegoś chce. Dlatego też musiałam wstać i otworzyć mu drzwi na pole. A
potem jeszcze poczekać i go wpuścić. Zeszłam na dół, wypuściłam psa i poszłam
do kuchni. Wyciągnęłam z lodówki karton z mlekiem, a z szafki szklankę i
nalałam zimnego płynu do kubka. Potem schowałam mleko i usiadłam na wysokim
krześle. Powoli sączyłam płyn, myśląc, jak będą wyglądały te święta. Dzisiaj
jest pierwsza wigilia z klasą. Trochę krepująca spawa. Nie wiesz, do kogo
podejść i podzielić się opłatkiem. Nie wiesz, czy wszyscy cię lubią. Nie wiesz,
czy ktoś przypadkiem cię nie wyśmieje. To trudne. Na pewno złożę życzenia
ludziom z naszej paczki. Ale nasza paczka liczy mnie, Julie, Clarę, Lucasa,
Blaise’a, Joshuę, Charliego i od niedawna Teodora. Jest nas 8. A klasa liczy 32
osoby. Zostało jeszcze 24 osoby. Do Tiffany, Eliz i Maddie na pewno nie
podejdę, więc jest jeszcze 21 osób. Na pozór wydają się to być miłe osoby,
jednak kto wie… przecież pozory mylą. Usłyszałam cichutkie drapanie dochodzące
z korytarza. Toffi drapał w drzwi, żeby wpuścić go do domu. Kiedy otworzyłam
drzwi, zauważyłam coś nadzwyczaj dziwnego. Pies przybiegł do domu i zaraz
położył się na swoim dywaniku. Ale na śniegu były ślady i to nie jego. Ludzkie
odciski butów. Wyjrzałam przez drzwi, jednak nikogo nie zauważyłam. Czułam się
trochę, jak w horrorze. Zamknęłam drzwi na dwór, zgasiłam światło w kuchni i
poszłam do siebie do pokoju. Tam… prawie umarłam ze strachu. Na moim łóżku
leżały czekoladki. Ale jak ?! Okno balkonowe było zamknięte, przez drzwi też
nikogo nie wpuszczałam. Teraz to naprawdę się bałam. I to okropnie. Nogi
miałam, jak z waty. Weszłam na środek pokoju i rozglądnęłam się wkoło. Wszystko było tak, jak dawniej.
Nagle ktoś przyłożył mi rękę do ust. Moje oczy chciały wyjść z orbit. Chciałam
piszczeć, ale sprawca całego zdarzenia mi to uniemożliwił. Szarpałam się z
całych sił, a po moim policzku spłynęła samotna łza. Nie miałam szans, by
rodzice mnie usłyszeli, bo przecież spali.
- Spokojnie, przecież to ja. – Szepnął mi ktoś do ucha. W jednej chwili strach przerodził się w złość. Byłam tak wściekła, że miałam ochotę rozszarpać wszystko dookoła.
- Chris !!!! Ty… ty… ty debilu !! Nienormalny jesteś ! Wystraszyłeś mnie na zawał ! Myślałam naprawdę, że ktoś się włamał ! – Próbowałam nie podnosić głosu, by nie obudzić rodziców. Ale złość emanowała ze mnie już wyglądem. A ten dupek, jak gdyby nigdy nic, śmiał się w najlepsze.
- Przepraszam kochanie, ale tęskniłem. Nie widzieliśmy się już tydzień. Kupiłem czekoladki… Pomyślałem, że spędzimy ten ranek razem… - Poruszył sugestywnie brwiami. On jest śmieszny ! Czy naprawdę myślał, że po tym, jak wystraszył mnie na śmierć, zaproszę go do własnego łóżka ?
- Chyba śnisz. Myślisz, że mnie przelecisz po takiej akcji ?! Niestety, ale mylisz się kotek. – Uśmiechnęłam się wrednie. Chris powoli przysuwał się do mnie. Co prawda, dawno nie spędzaliśmy razem nocy, ale karę jakąś za to, to on musi mieć. – A teraz spadaj z mojego domu. – Wskazałam palcem na balkon. Domyśliłam się, że wszedł właśnie tamtędy.
- Ale kotek… No weź ! Nie zaszkodzi nam… - Chris robił oczy kota ze Shreka. Mnie nie nabierze, już się uodporniłam.
- Nie ma mowy ! Kara musi być. Następnym razem kulturalnie wejdź przez drzwi, a nie zakradaj się, jak zabójca, to pogadamy inaczej. Miłej nocy. – Odsunęłam się, by zrobić mu przejście do balkonu. Wygrałam. Chris ze spuszczoną głową podszedł do balkonu. Ja już się kierowałam do łóżka, kiedy nagle mój chłopak podszedł do mnie jednym susem i odwrócił w swoją stronę, a potem złożył na ustach słodki pocałunek. Długi i namiętny. Ooo tak, brakowało mi tego.
- Myślałaś, że pójdę tak bez pożegnania ? – Uśmiechnął się szelmowsko Chris. Potem pocałował mnie krótko i poszedł do balkonu, by wyjść. Na koniec odwrócił się jeszcze, by powiedzieć – Branoc. – i zniknął. Ja natomiast położyłam czekoladki na biurku i położyłam się na łóżku. Zastanawiałam się teraz, co odpowiedzieć rodzicom, kiedy sami zobaczą te kroki na podwórku. A zobaczą na pewno. Bo w końcu kto by nie zauważył odcisków stóp na takiej warstwie śniegu ? A właśnie… wspominałam wam, że mamy piękną zimę ? Co noc pada śnieg, dlatego rano tak pięknie się mieni w promieniach słońca. Ale nie topnieje. I cieszę się. Bo w końcu co to za święta, bez śniegu ?
Do godziny 6:00 leżałam na łóżku, rozmyślając o prze najróżniejszych rzeczach. Potem wstałam i poszłam do łazienki. Wzięłam szybki prysznic. Następnie zrobiłam sobie lekki makijaż i – wracając do pokoju w samym ręczniku – stanęłam przed szafą, zastanawiając się, co na siebie ubrać. Trzeba być ubranym na galowo. Najpierw mamy jasełka, na których dyrektor zapewne wygłosi przemowę trwającą około godziny, potem artyści wykonają utwory i idziemy do klas, by podzielić się opłatkiem i pośpiewać kolędy. Uwielbiam święta. Tak więc wybrałam białą sukienkę z czarnym paskiem na dole, brązowy żakiet i kremowe jazzówki. Ubrałam jeszcze naszyjnik z przebitym sercem, czarno białą bransoletkę na rękę i kolczyki. Tak ubrana wyszłam z pokoju. Moim nowym marzeniem na chwilę obecną było pójść w tych butach do szkoły i nie zaliczyć gleby ani ich nie rozwalić.
- Cześć mamo. – Powiedziałam, kiedy weszłam do kuchni. W zlewie leżała jeszcze moja szklanka po mleku. Uśmiechnęłam się do siebie na przypomnienie tej akcji z nocy.
- Cześć kochanie. Wstawałaś w nocy ? – Zapytała mama. Na stole leżały kanapki z sałatą, wędliną, ogórkiem i pomidorem. Usiadłam na krześle i wzięłam jedną do ręki.
- Tak. Toffik chciał wyjść na dwór. – Odpowiedziałam krótko. Chyba nie chciałam opowiadać o wizycie Chrisa .
- Ach, to dobrze. Słuchaj… mam takie wrażenie, że słyszałam jakieś głosy dobiegające z twojego pokoju.. – Powiedziała niepewnie mama.
- Niee, pewnie ci się zdawało albo przyśniło. – Uśmiechnęłam się lekko. Nienawidzę kłamać własnych rodziców, ale obawiam się, że gdyby dowiedzieli się o takiej wizycie, to mogliby „lekko” zacząć panikować, że nie mamy w domu dobrych zabezpieczeń przed włamywaczami.
- Może. – Mama zamyśliła się. Miałam teraz dobrą okazję, by nie ciągnąc tej rozmowy. Najwyżej wcześniej będę w szkole. Lekko odchrząknęłam, by mama mnie posłuchała.
- Mamuś, ja już będę iść. Lucas ma być wcześniej w szkole razem z dziewczynami, chciałam z nimi spędzić jeszcze trochę czasu przed świętami. – Odparłam, po czym wstałam od stołka.
- Dobrze. A o której będziesz ? Chciałam, żebyś pomogła mi dzisiaj trochę z ostatecznymi porządkami. W końcu w sobotę wigilia. – Spytała mama. Tak dla uściśnięcia, dzisiaj był wtorek. Dosyć nietypowy dzień na wigilię szkolną, ale wigilia wypada w sobotę, a przed świętami zawsze mamy 4 dni wolnego.
- Nie jestem pewna, ale wydaje mi się, że na 11:30 powinnam już być w domu. – Odpowiedziałam zgodnie z prawdą.
- OK. Miłego dnia kochanie. – Odparła mama i uśmiechnęła się, po czym poszła do salonu. Ja natomiast brałam w korytarzu czarny płaszczyk i szalik w białym kolorze. Na ręce zaciągnęłam rękawiczki i wyszłam z domu, uprzednio zabierając opłatek. Cieszę się, że w końcu święta. Zawsze panuje taka rodzinna atmosfera. W tym roku będą u nas Mathew ze swoją narzeczoną Gabriele i ich maluśkim synkiem Teddy’m. Urwis jest przesłodki. Ma dopiero miesiąc. Moje rozmyślania przerwało trąbienie jakiegoś samochodu. Odwróciłam się do tyłu, a tam ujrzałam Matiego. Parkował pod naszym domem, czyli miał jakąś sprawę do rodziców. Pomachałam mu, po czym odwróciłam się i poszłam dalej.
W szkole byłam już o 7:30. Do akademii miałam jeszcze godzinę. Ale miałam przeznaczyć tą godzinę dla przyjaciół, tak, jak obiecałam. Jak się spodziewałam, byli już Julie, Clara, Blaise i Lucas. Dlaczego mi się zdaje, że Blaise zarywa do Julie ? Aż potrząsnęłam głową.
- Hej wszystkim.- Powiedziałam u uśmiechnęłam się. Luka trzymał Clarę za rękę, natomiast Julie opierała się o Blaise’a. Wszyscy stali na polu. Chyba czekali na mnie.
- Siemanko. – Odparł Lucas. – Widocznie był bardzo z czegoś zadowolony.
- Hej. – Odpowiedziały chórem dziewczyny. Obie zaśmiały się do siebie.
- A dzień doberek. – Dodał jeszcze Blaise.
- A co wy wszyscy w takich szampańskich humorach ? Przecież sylwester dopiero za półtora tygodnia. – Uśmiechnęłam się szeroko.
- Każdy poczuł już magię świąt. – Powiedział Blaise, który był cały w skowronkach.
- To znaczy ? Wyjaśni mi tu ktoś coś ? – Popatrzyłam znacząco na Julie, która tylko się zarumieniła. Niemożliwe ! Czyżby i tak dwójka miała się ku sobie ? Blaise puścił mi oczko. – Wy jesteście razem. ? – Zapytałam, patrząc na przytulonych do siebie. Julie poczerwieniała jeszcze bardziej, natomiast Blaise wyszczerzył tylko zęby, ukazując tym równiusieńki rząd białych zębów. – Och, to wspaniale ! Gratuluję wam ! – Ucieszyłam się, by potem podejść do brunetki i uściskać ją z całej siły. Ciemnoskóremu puściłam tylko oczko.
Wszyscy weszliśmy do szkoły i poszliśmy do szatni. Dziewczyny miały całkiem wysokie szpilki. Ja dzisiaj wybrałam płaskie, bowiem nie brałam butów zmiennych. I tak jestem już wysoka, więc nie potrzebne mi wyższe buty. Chłopcy byli ubrani w garnitury. Wyglądali bardzo przystojnie. Całą piątką poszliśmy pod naszą salę, czyli na pierwsze piętro. Ciągle zdziwią mnie, jak ta szkoła jest taka wielka.
- Gdzie spędzacie sylwestra ? – spytał Luka. On oczywiście spędzał go w towarzystwie Clary. Ta dziewczyna baaardzo zmieniła się od początku roku. Bardzo. Na naszym pierwszym wuefie, kiedy się poznałyśmy, myślałam, że ta blondynka jest bardzo energiczną i szaloną kobietą, kochającą sport. A tu okazało się, że Clara to bardzo spokojna, ale urocza dziewczyna, która ma głowę do każdego przedmiotu. Dobrze myślałam rano, pozory mylą.
- A właśnie ! – Odezwał się Blaise. – Moi rodzice wyjeżdżają do Francji na sylwestra, do ciotki i mam wolną chatę. Gadałem już z nimi, mogę zrobić taką niewielką domówkę. Przyjdziecie ? – Zapytał się nas. Wiadome było, że Julie już się zgodziła.
- Idziemy ? – Spytał Lucas Clary. Przypomniał mi się drugi dzień szkoły, kiedy leczyłam niesfornego kaca tego debila.
- Nie mam żadnych planów, więc.. czemu nie. Będziemy. – Uśmiechnęła się Clara. Jaka wielka szkoda, że ja nie mogę dołączyć do tej ekipy…
- A ty Mel ? Będziesz ? – Spytał się mnie Blaise.
- Bardzo bym chciała, ale nie mogę. Brat się żeni w sylwestra i muszę być na jego ślubie i weselu. – Oczywiści powiedziałam prawdę. Matthew bierze z Gabriele ślub w sylwestra. To ma być niewielkie przyjęcie. Tylko rodzina i najbliżsi znajomi. Razem około 70 osób. Ale wiem, że nie trzeba mnóstwa ludzi, by się dobrze bawić. I z tego jestem zadowolona. Uśmiechnęłam się przepraszająco.
- Jasne, rozumiem. Więc życzę udanej zabawy i szczęścia młodej parze. – I on uśmiechnął się do mnie.
- A kto jeszcze będzie ? – Zapytał Luka.
- Zaproszę jeszcze Joshuę, Teodora i Charliego. – Charlie chodzi z nami do klasy. Poznałam go na wuefie, kiedy podszedł do mnie i Clary. Nie utrzymuję z nim jednak takich kontaktów, jak z naszą paczką. Mówimy sobie tylko „cześć” i to wszystko w tym temacie. Ale to nam wystarcza. Na pewno złożymy sobie dzisiaj życzenia.
Rozmawialiśmy tak sobie aż do 8:30. Potem wszyscy poszliśmy na aulę, gdzie odbyło się przedstawienie. Jak się spodziewałam, na początku było przemówienie dyrektora. A potem występy. Nie wiedziałam, że mamy w szkole takie talenty. Mnóstwo osób ślicznie śpiewa. I nie są to same dziewczyny. Występowało także kilku chłopaków. Potem poszliśmy do klasy. Zgodnie z tradycją, przeczytaliśmy kawałek pisma świętego. A potem podzieliliśmy się opłatkiem. Jak wielkie było moje zdziwienie, kiedy zauważyłam, że Tiffany szuka wzrokiem swoich przyjaciółek, a potem – gdy zauważa, że rozmawiają z chłopakami z klasy – podchodzi do mnie ?
- Słuchaj Melanie. Ja wiem, nie zaczęłyśmy najlepiej, ale głupio mi trochę z tego powodu. Bo widzisz, ja zostałam zmuszona do tej akcji, wtedy, kiedy próbowałam się z tobą zaprzyjaźnić. Wcale nie mi chodziło o tego chłopaka z klasy twojego kolegi. Ja miałam już jednego takiego debila i wydawało mi się, że on mnie kocha, ale potem wyszło na to, że wykorzystał mnie tylko po to, by się przekonać, że jest gejem. Dowiedział się jakimś cudem, że mam namiary na tego chłopaka z innej szkoły i że mam załatwić do niego numer, albo inaczej ten mój chłopak mnie zgwałci. Naprawdę się bałam. Gdybym załatwiła ten numer, to nie byłoby tej całej akcji i nie zaczepiałabym cię. Ale rozum wrócił mi do głowy i podałam tego palanta na policję. Siedzi teraz za kratkami, a ja nareszcie się nie boję. Właściwie to moja historia może cię zanudzać na śmierć, ale ja musiałam ci to opowiedzieć. Nie jestem złym człowiekiem i nie gardzę innymi. Tak więc, wesołych świąt ci życzę i szczęścia w miłości. – Skończyła swój monolog Tiffany i wyciągnęła swój opłatek w moją stronę. Byłam bardzo zszokowana, ale nie dałam tego po sobie poznać.
- Ja tobie także życzę, żebyś nie trafiała na takich świrów i żeby święta ci się udały. – Uśmiechnęłam się. Ułamałam kawałek opłatka Tiffany, która po chwili zrobiła to samo co ja i odeszłyśmy w dwie różne strony. Wyszłam na chwilę z klasy, bowiem szok nie dawał mi spokoju. Nie do wiary, że słynną Tiffany stać na takie wyznania ! I to jeszcze do mojej osoby ! Ale to znak, że ludzie jednak się zmieniają. I znowu „pozory mylą”. Te słowa towarzyszą mi praktycznie od przebudzenia. Wow. Wróciłam do klasy. Zaczęło się właśnie śniadanie wigilijne. Wszyscy pałaszowali smacznie. Siedziałam pomiędzy Clarą, a Julie. Nagle ta druga zbliżyła się w moją stronę i szepnęła
- Mel, to prawda, że Tiffany była u ciebie z życzeniami ?
- Tak. Przeprosiła mnie i życzyła wesołych świąt. – Odparłam jak gdyby nigdy nic. To jednak trochę zszokowało Julie, która po chwili wyprostowała się i w zamyśleniu zaczęła jeść rybę.
Ten dzień minął mi bardzo przyjemnie. Wróciłam do domu o 12:00. Pomogłam mamie ugotować obiad. Potem tata wrócił z pracy i wszyscy zjedliśmy wspólnie. Następnie poszłam do swojego pokoju, by zrobić ostateczne porządki przed świętami. Trochę roboty było, ale uporałam się w półtorej godziny. Potem poszłam do kuchni, by pomóc mamie w robieniu ciast. Zrobiłam szarlotkę, a mama makowca. Resztę zrobi się jutro. Potem posprzątałyśmy w jadalni. A na koniec dnia była najlepsza część mojej pomocy. Ubieranie choinki. Tata włączył w moim laptopie kolędy i całą trójką wzięliśmy się za dekorowanie świątecznego drzewka. Potem pogasiliśmy wszystkie światła i włączyliśmy choinkę, co nadawało jej tylko nastroju. To był cudowny dzień.
- Spokojnie, przecież to ja. – Szepnął mi ktoś do ucha. W jednej chwili strach przerodził się w złość. Byłam tak wściekła, że miałam ochotę rozszarpać wszystko dookoła.
- Chris !!!! Ty… ty… ty debilu !! Nienormalny jesteś ! Wystraszyłeś mnie na zawał ! Myślałam naprawdę, że ktoś się włamał ! – Próbowałam nie podnosić głosu, by nie obudzić rodziców. Ale złość emanowała ze mnie już wyglądem. A ten dupek, jak gdyby nigdy nic, śmiał się w najlepsze.
- Przepraszam kochanie, ale tęskniłem. Nie widzieliśmy się już tydzień. Kupiłem czekoladki… Pomyślałem, że spędzimy ten ranek razem… - Poruszył sugestywnie brwiami. On jest śmieszny ! Czy naprawdę myślał, że po tym, jak wystraszył mnie na śmierć, zaproszę go do własnego łóżka ?
- Chyba śnisz. Myślisz, że mnie przelecisz po takiej akcji ?! Niestety, ale mylisz się kotek. – Uśmiechnęłam się wrednie. Chris powoli przysuwał się do mnie. Co prawda, dawno nie spędzaliśmy razem nocy, ale karę jakąś za to, to on musi mieć. – A teraz spadaj z mojego domu. – Wskazałam palcem na balkon. Domyśliłam się, że wszedł właśnie tamtędy.
- Ale kotek… No weź ! Nie zaszkodzi nam… - Chris robił oczy kota ze Shreka. Mnie nie nabierze, już się uodporniłam.
- Nie ma mowy ! Kara musi być. Następnym razem kulturalnie wejdź przez drzwi, a nie zakradaj się, jak zabójca, to pogadamy inaczej. Miłej nocy. – Odsunęłam się, by zrobić mu przejście do balkonu. Wygrałam. Chris ze spuszczoną głową podszedł do balkonu. Ja już się kierowałam do łóżka, kiedy nagle mój chłopak podszedł do mnie jednym susem i odwrócił w swoją stronę, a potem złożył na ustach słodki pocałunek. Długi i namiętny. Ooo tak, brakowało mi tego.
- Myślałaś, że pójdę tak bez pożegnania ? – Uśmiechnął się szelmowsko Chris. Potem pocałował mnie krótko i poszedł do balkonu, by wyjść. Na koniec odwrócił się jeszcze, by powiedzieć – Branoc. – i zniknął. Ja natomiast położyłam czekoladki na biurku i położyłam się na łóżku. Zastanawiałam się teraz, co odpowiedzieć rodzicom, kiedy sami zobaczą te kroki na podwórku. A zobaczą na pewno. Bo w końcu kto by nie zauważył odcisków stóp na takiej warstwie śniegu ? A właśnie… wspominałam wam, że mamy piękną zimę ? Co noc pada śnieg, dlatego rano tak pięknie się mieni w promieniach słońca. Ale nie topnieje. I cieszę się. Bo w końcu co to za święta, bez śniegu ?
Do godziny 6:00 leżałam na łóżku, rozmyślając o prze najróżniejszych rzeczach. Potem wstałam i poszłam do łazienki. Wzięłam szybki prysznic. Następnie zrobiłam sobie lekki makijaż i – wracając do pokoju w samym ręczniku – stanęłam przed szafą, zastanawiając się, co na siebie ubrać. Trzeba być ubranym na galowo. Najpierw mamy jasełka, na których dyrektor zapewne wygłosi przemowę trwającą około godziny, potem artyści wykonają utwory i idziemy do klas, by podzielić się opłatkiem i pośpiewać kolędy. Uwielbiam święta. Tak więc wybrałam białą sukienkę z czarnym paskiem na dole, brązowy żakiet i kremowe jazzówki. Ubrałam jeszcze naszyjnik z przebitym sercem, czarno białą bransoletkę na rękę i kolczyki. Tak ubrana wyszłam z pokoju. Moim nowym marzeniem na chwilę obecną było pójść w tych butach do szkoły i nie zaliczyć gleby ani ich nie rozwalić.
- Cześć mamo. – Powiedziałam, kiedy weszłam do kuchni. W zlewie leżała jeszcze moja szklanka po mleku. Uśmiechnęłam się do siebie na przypomnienie tej akcji z nocy.
- Cześć kochanie. Wstawałaś w nocy ? – Zapytała mama. Na stole leżały kanapki z sałatą, wędliną, ogórkiem i pomidorem. Usiadłam na krześle i wzięłam jedną do ręki.
- Tak. Toffik chciał wyjść na dwór. – Odpowiedziałam krótko. Chyba nie chciałam opowiadać o wizycie Chrisa .
- Ach, to dobrze. Słuchaj… mam takie wrażenie, że słyszałam jakieś głosy dobiegające z twojego pokoju.. – Powiedziała niepewnie mama.
- Niee, pewnie ci się zdawało albo przyśniło. – Uśmiechnęłam się lekko. Nienawidzę kłamać własnych rodziców, ale obawiam się, że gdyby dowiedzieli się o takiej wizycie, to mogliby „lekko” zacząć panikować, że nie mamy w domu dobrych zabezpieczeń przed włamywaczami.
- Może. – Mama zamyśliła się. Miałam teraz dobrą okazję, by nie ciągnąc tej rozmowy. Najwyżej wcześniej będę w szkole. Lekko odchrząknęłam, by mama mnie posłuchała.
- Mamuś, ja już będę iść. Lucas ma być wcześniej w szkole razem z dziewczynami, chciałam z nimi spędzić jeszcze trochę czasu przed świętami. – Odparłam, po czym wstałam od stołka.
- Dobrze. A o której będziesz ? Chciałam, żebyś pomogła mi dzisiaj trochę z ostatecznymi porządkami. W końcu w sobotę wigilia. – Spytała mama. Tak dla uściśnięcia, dzisiaj był wtorek. Dosyć nietypowy dzień na wigilię szkolną, ale wigilia wypada w sobotę, a przed świętami zawsze mamy 4 dni wolnego.
- Nie jestem pewna, ale wydaje mi się, że na 11:30 powinnam już być w domu. – Odpowiedziałam zgodnie z prawdą.
- OK. Miłego dnia kochanie. – Odparła mama i uśmiechnęła się, po czym poszła do salonu. Ja natomiast brałam w korytarzu czarny płaszczyk i szalik w białym kolorze. Na ręce zaciągnęłam rękawiczki i wyszłam z domu, uprzednio zabierając opłatek. Cieszę się, że w końcu święta. Zawsze panuje taka rodzinna atmosfera. W tym roku będą u nas Mathew ze swoją narzeczoną Gabriele i ich maluśkim synkiem Teddy’m. Urwis jest przesłodki. Ma dopiero miesiąc. Moje rozmyślania przerwało trąbienie jakiegoś samochodu. Odwróciłam się do tyłu, a tam ujrzałam Matiego. Parkował pod naszym domem, czyli miał jakąś sprawę do rodziców. Pomachałam mu, po czym odwróciłam się i poszłam dalej.
W szkole byłam już o 7:30. Do akademii miałam jeszcze godzinę. Ale miałam przeznaczyć tą godzinę dla przyjaciół, tak, jak obiecałam. Jak się spodziewałam, byli już Julie, Clara, Blaise i Lucas. Dlaczego mi się zdaje, że Blaise zarywa do Julie ? Aż potrząsnęłam głową.
- Hej wszystkim.- Powiedziałam u uśmiechnęłam się. Luka trzymał Clarę za rękę, natomiast Julie opierała się o Blaise’a. Wszyscy stali na polu. Chyba czekali na mnie.
- Siemanko. – Odparł Lucas. – Widocznie był bardzo z czegoś zadowolony.
- Hej. – Odpowiedziały chórem dziewczyny. Obie zaśmiały się do siebie.
- A dzień doberek. – Dodał jeszcze Blaise.
- A co wy wszyscy w takich szampańskich humorach ? Przecież sylwester dopiero za półtora tygodnia. – Uśmiechnęłam się szeroko.
- Każdy poczuł już magię świąt. – Powiedział Blaise, który był cały w skowronkach.
- To znaczy ? Wyjaśni mi tu ktoś coś ? – Popatrzyłam znacząco na Julie, która tylko się zarumieniła. Niemożliwe ! Czyżby i tak dwójka miała się ku sobie ? Blaise puścił mi oczko. – Wy jesteście razem. ? – Zapytałam, patrząc na przytulonych do siebie. Julie poczerwieniała jeszcze bardziej, natomiast Blaise wyszczerzył tylko zęby, ukazując tym równiusieńki rząd białych zębów. – Och, to wspaniale ! Gratuluję wam ! – Ucieszyłam się, by potem podejść do brunetki i uściskać ją z całej siły. Ciemnoskóremu puściłam tylko oczko.
Wszyscy weszliśmy do szkoły i poszliśmy do szatni. Dziewczyny miały całkiem wysokie szpilki. Ja dzisiaj wybrałam płaskie, bowiem nie brałam butów zmiennych. I tak jestem już wysoka, więc nie potrzebne mi wyższe buty. Chłopcy byli ubrani w garnitury. Wyglądali bardzo przystojnie. Całą piątką poszliśmy pod naszą salę, czyli na pierwsze piętro. Ciągle zdziwią mnie, jak ta szkoła jest taka wielka.
- Gdzie spędzacie sylwestra ? – spytał Luka. On oczywiście spędzał go w towarzystwie Clary. Ta dziewczyna baaardzo zmieniła się od początku roku. Bardzo. Na naszym pierwszym wuefie, kiedy się poznałyśmy, myślałam, że ta blondynka jest bardzo energiczną i szaloną kobietą, kochającą sport. A tu okazało się, że Clara to bardzo spokojna, ale urocza dziewczyna, która ma głowę do każdego przedmiotu. Dobrze myślałam rano, pozory mylą.
- A właśnie ! – Odezwał się Blaise. – Moi rodzice wyjeżdżają do Francji na sylwestra, do ciotki i mam wolną chatę. Gadałem już z nimi, mogę zrobić taką niewielką domówkę. Przyjdziecie ? – Zapytał się nas. Wiadome było, że Julie już się zgodziła.
- Idziemy ? – Spytał Lucas Clary. Przypomniał mi się drugi dzień szkoły, kiedy leczyłam niesfornego kaca tego debila.
- Nie mam żadnych planów, więc.. czemu nie. Będziemy. – Uśmiechnęła się Clara. Jaka wielka szkoda, że ja nie mogę dołączyć do tej ekipy…
- A ty Mel ? Będziesz ? – Spytał się mnie Blaise.
- Bardzo bym chciała, ale nie mogę. Brat się żeni w sylwestra i muszę być na jego ślubie i weselu. – Oczywiści powiedziałam prawdę. Matthew bierze z Gabriele ślub w sylwestra. To ma być niewielkie przyjęcie. Tylko rodzina i najbliżsi znajomi. Razem około 70 osób. Ale wiem, że nie trzeba mnóstwa ludzi, by się dobrze bawić. I z tego jestem zadowolona. Uśmiechnęłam się przepraszająco.
- Jasne, rozumiem. Więc życzę udanej zabawy i szczęścia młodej parze. – I on uśmiechnął się do mnie.
- A kto jeszcze będzie ? – Zapytał Luka.
- Zaproszę jeszcze Joshuę, Teodora i Charliego. – Charlie chodzi z nami do klasy. Poznałam go na wuefie, kiedy podszedł do mnie i Clary. Nie utrzymuję z nim jednak takich kontaktów, jak z naszą paczką. Mówimy sobie tylko „cześć” i to wszystko w tym temacie. Ale to nam wystarcza. Na pewno złożymy sobie dzisiaj życzenia.
Rozmawialiśmy tak sobie aż do 8:30. Potem wszyscy poszliśmy na aulę, gdzie odbyło się przedstawienie. Jak się spodziewałam, na początku było przemówienie dyrektora. A potem występy. Nie wiedziałam, że mamy w szkole takie talenty. Mnóstwo osób ślicznie śpiewa. I nie są to same dziewczyny. Występowało także kilku chłopaków. Potem poszliśmy do klasy. Zgodnie z tradycją, przeczytaliśmy kawałek pisma świętego. A potem podzieliliśmy się opłatkiem. Jak wielkie było moje zdziwienie, kiedy zauważyłam, że Tiffany szuka wzrokiem swoich przyjaciółek, a potem – gdy zauważa, że rozmawiają z chłopakami z klasy – podchodzi do mnie ?
- Słuchaj Melanie. Ja wiem, nie zaczęłyśmy najlepiej, ale głupio mi trochę z tego powodu. Bo widzisz, ja zostałam zmuszona do tej akcji, wtedy, kiedy próbowałam się z tobą zaprzyjaźnić. Wcale nie mi chodziło o tego chłopaka z klasy twojego kolegi. Ja miałam już jednego takiego debila i wydawało mi się, że on mnie kocha, ale potem wyszło na to, że wykorzystał mnie tylko po to, by się przekonać, że jest gejem. Dowiedział się jakimś cudem, że mam namiary na tego chłopaka z innej szkoły i że mam załatwić do niego numer, albo inaczej ten mój chłopak mnie zgwałci. Naprawdę się bałam. Gdybym załatwiła ten numer, to nie byłoby tej całej akcji i nie zaczepiałabym cię. Ale rozum wrócił mi do głowy i podałam tego palanta na policję. Siedzi teraz za kratkami, a ja nareszcie się nie boję. Właściwie to moja historia może cię zanudzać na śmierć, ale ja musiałam ci to opowiedzieć. Nie jestem złym człowiekiem i nie gardzę innymi. Tak więc, wesołych świąt ci życzę i szczęścia w miłości. – Skończyła swój monolog Tiffany i wyciągnęła swój opłatek w moją stronę. Byłam bardzo zszokowana, ale nie dałam tego po sobie poznać.
- Ja tobie także życzę, żebyś nie trafiała na takich świrów i żeby święta ci się udały. – Uśmiechnęłam się. Ułamałam kawałek opłatka Tiffany, która po chwili zrobiła to samo co ja i odeszłyśmy w dwie różne strony. Wyszłam na chwilę z klasy, bowiem szok nie dawał mi spokoju. Nie do wiary, że słynną Tiffany stać na takie wyznania ! I to jeszcze do mojej osoby ! Ale to znak, że ludzie jednak się zmieniają. I znowu „pozory mylą”. Te słowa towarzyszą mi praktycznie od przebudzenia. Wow. Wróciłam do klasy. Zaczęło się właśnie śniadanie wigilijne. Wszyscy pałaszowali smacznie. Siedziałam pomiędzy Clarą, a Julie. Nagle ta druga zbliżyła się w moją stronę i szepnęła
- Mel, to prawda, że Tiffany była u ciebie z życzeniami ?
- Tak. Przeprosiła mnie i życzyła wesołych świąt. – Odparłam jak gdyby nigdy nic. To jednak trochę zszokowało Julie, która po chwili wyprostowała się i w zamyśleniu zaczęła jeść rybę.
Ten dzień minął mi bardzo przyjemnie. Wróciłam do domu o 12:00. Pomogłam mamie ugotować obiad. Potem tata wrócił z pracy i wszyscy zjedliśmy wspólnie. Następnie poszłam do swojego pokoju, by zrobić ostateczne porządki przed świętami. Trochę roboty było, ale uporałam się w półtorej godziny. Potem poszłam do kuchni, by pomóc mamie w robieniu ciast. Zrobiłam szarlotkę, a mama makowca. Resztę zrobi się jutro. Potem posprzątałyśmy w jadalni. A na koniec dnia była najlepsza część mojej pomocy. Ubieranie choinki. Tata włączył w moim laptopie kolędy i całą trójką wzięliśmy się za dekorowanie świątecznego drzewka. Potem pogasiliśmy wszystkie światła i włączyliśmy choinkę, co nadawało jej tylko nastroju. To był cudowny dzień.
Subskrybuj:
Posty (Atom)