Święta tego roku minęły mi w zawrotnie szybkim tempie. Jak
nigdy. W wigilię przyszli do nas Matthew z Gabriele i malutkim Tobby’m. Ten
bobasek jest taki uroczy ! Włosy ma niemalże platynowe, po mamie. Usta i nosek
malusieńkie i drobniusieńkie, jak mama. Jednak oczy…. Najpiękniejsze, jakie
widziałam. Poza oczyma Matthewsa oczywiście. Młody właśnie po tacie zyskał
przepiękne, czekoladowe, głębokie, duże tęczówki. Wygląda z nimi tak słodko !
Jak na pierwszy miesiąc, jest bardzo spokojny. Nie rozrabia zbytnio, nie płacze
dużo. Wspominałam wam kiedyś, że kocham małe dzieci ? Nie ? W takim razie mówię
wam teraz. Te urwisy urzekają mnie. Zawsze miałam dobre podejście do dzieci.
Gabriele stwierdziła nawet, że świetnie się sprawuję w roli cioci. Nie powiem,
schlebiło mi to. Jeśli chodzi o dzieci, to uwielbiam komplementy do mojej
osoby. Taa, wiem, co teraz myślicie… skromna ja. Ale taka jest prawda.
W Boże Narodzenie to my wybraliśmy się do mojego brata i jego narzeczonej. Dowiedziałam się tam, że zostanę ich druhną na ślubie. Wybierałam z Gabriele sukienkę, która podobała mi się, jak żadna inna. Gabi kupiła ją już kiedyś dla swojej młodszej siostry. Okazało się, że razem z tą dziewczyną mamy identyczne rozmiary. Kiecka leżała na mnie, jakby była uszyta na miarę. Idealna.
- Ok. Skoro ja jestem druhną, to kto jest druhem ? – spytałam.
- Druhem został mój znajomy z Blackpool, Kasper. Ma 18 lat. Powiedział, że postara się do nas przyjechać na czas. Wiesz… robi sobie przedwczesnego sylwestra z kolegami. – Gabriele zrobiła minę a’la face palm.
- Ha ha ha ha, rozumiem cię. – Powiedziałam przez łzy śmiechu. Mina Gabi mówiła wszystko.
Gabriele okazała się być świetną dziewczyną. Wesoła, miła, przyjacielska, śmieszna, życzliwa. Mnóstwo jest czasowników, które by ją opisały. Cieszę się, że będzie moją szwagierką. Tak właściwie to jest trochę przeciwieństwem Matthewsa. Ale tylko troszeczkę. Mati jest… trochę dynamiczny. Lubi wszystko, co jest żywe. Ale tak nie dosłownie. Bo chodzi mi o to, że on uwielbia, jak się coś dzieje, jak jest jakieś zamieszanie lub napięta atmosfera. Swoimi żartami załatwia sprawę. Po 5 minutach kłótni następuje 50 minut śmiechu. I za to zdążyłam go pokochać.
Do domu wróciliśmy około 22:00. Musiałam sobie jakoś odrobić te… 16 lat niewiedzy o moim bracie, dlatego też ciągle przedłużałam powrót do domu. Dzisiejszy dzień zaliczam do zdecydowanie udanych.
Drugiego dnia świąt miała do nas przyjechać ciocia Bella z wujkiem Rudolfem. Jednak nie miałam chyba ochoty na całuski z ciocią, która miała płomienną czerwoną szminkę i nawyk całowanie ludzi po trzy razy w każdy policzek. Dlatego też porozmawiałam z mamą i – za jej zgodą oczywiście – nocowałam u Rose razem z Susi. Ostatnio moje kontakty z dziewczynami odrobinę osłabły. Chyba są zazdrosne, że spędzam większość czasu z Julie i Clarą no i z chłopakami. Nie rozumiem ich, ponieważ a) chodzę z dziewczynami do szkoły i to normalne, że spędzamy ze sobą mnóstwo czasu. Szkoły przecież nie rzucę. A poza tym to b) Chris nie jest zazdrosny o moje ciągłe kontakty z chłopakami. Chyba pogadam o tym dzisiaj z dziewczynami.
Tak więc o szesnastej ulotniłam się z domu. Na dworze było już ciemno. Jedynie gwiazdy i pobliskie latarnie uliczne rozświetlały świat. Niebo było bezchmurne. Piękne.Ubrana byłam w granatowe rurki, czerwony sweterek z reniferem oraz buty nike. Na uszach widniały mi kolczyki – ciasteczka, a na ręce bransoletka wyglądająca, jakby była robiona ze sznurka. Miałam na sobie jeszcze ciepłą, zimową kurtkę z ocieplanym kapturem. Do domu Rose doszłam w ok. 20 minut. Zazwyczaj idę na skróty i jestem w 10, ale warunki pogodowe (CZYTAJ : ciemność, której się boję) mi na to nie pozwalały. Wolę dłużej, a bezpieczniej. Przywitała mnie pani Gray. Mama Rose była dosyć tęgą kobietą z rudawymi włosami i piegami niemal na każdej części twarzy. Jej piwne oczy dodawały jej tylko uroku.
- Och, dzień dobry Melanie. – Uśmiechnęła się do mnie szczerze starsza kobieta. – Co cię do nas sprowadza ? – Zapytała.
- Dzień dobry. Miałam dzisiaj nocować u Rose… nie mówiła pani ? – Spytałam. Nie jestem pewna, czy wyszło to zbyt grzecznie, ale zdziwienie nie pozwalało sobie wydobyć ze mnie choćby krzty kultury.
- Wspominała mi tylko, że ma przyjść Susan. – Pani Gray także była mocno zdziwiona. – Och, gdzież moje maniery ! Proszę, wejdź. – Weszłam do domu. Zawsze było tu bardzo przytulnie. Ściągnęłam kurtkę i buty i skierowałam się na górę, do pokoju Rose. Zapukałam w drzwi : odpowiedziało mi cichutkie „proszę”.
- Cześć dziewczyny. – Uśmiechnęłam się promiennie. Weszłam, zamykając za sobą drzwi.
- Och, to ty. – Odparła Susan. Moje oczy powoli robiły się wielkości spodków od herbaty. Całkiem milutkie powitanie, nie ma co !
- Co cię do nas sprowadza ? – Zapytała Rose. Aż otworzyłam usta ze zdziwienia. Dlaczego były dla mnie takie oschłe ?
- Rozmowa. – Powiedziałam krótko, ale stanowczo. Usiadłam na łóżku. – Możecie mi powiedzieć, o co chodzi ? – Spytałam. Na kilometr dało się u mnie wyczuć zdenerwowanie zmieszane ze złością. Ja ich nigdy tak nie traktowałam !
- A o co ma chodzić ? O nic nie chodzi. – Odparła wymijając Susi.
- Właśnie widzę, jak o nic nie chodzi ! Dziewczyny, dlaczego jesteście dla mnie takie oschłe ? Czemu nie chcecie ze mną rozmawiać ? Czemu nie odbieracie telefonów ? Dlaczego nie możemy normalnie porozmawiać ? – Spytałam. Ledwo, co skończyłam, a odezwała się Rose. Była wściekła.
- Porozmawiać ?! Dziewczyno, ty chyba nie wiesz, co mówisz ! Jak mamy z tobą rozmawiać, skoro widzimy się raz na miesiąc ? Okej, może my też mamy mnóstwo roboty w szkole i w ogóle, ale jakoś znajdujemy dla siebie czas ! A nie latamy za jakimiś pieprzonymi koleżaneczkami albo koleżkami ! – Rose niemal krzyczała. Starała się nie podnosić głosu, żeby jej mama nie przyszła. A ja… w jednej chwili cała krew odpłynęła z mojej twarzy. Czułam się okropnie.
- S-słucham ? Jak możesz tak mówić ?! Ja się staram ! Spędzam czas z Clarą i Julie, bo obie tego potrzebują ! Obie przeszły w życiu już tyle, co wy nigdy nie przejdziecie do końca swoich dni ! A przynajmniej ty, Rose. – To ostatnie zdanie powiedziałam już ciszej. Przypomniałam sobie, że przecież Susi straciła ojca.
- Niby co takiego one mogły przejść, czego ja nigdy nie przejdę w życiu ?! – Rose wstała. Susan już się nie odzywała. Widocznie nie miała zamiaru brać udziału w kłótni.
- Jedną ojciec molestował w dzieciństwie, a druga prawie się utopiła ! – Wykrzyczałam jej prosto w twarz. – Jak ty byś się czuła, gdyby spotkało cię coś takiego ? Albo gdybyś spotkała w życiu takie osoby, jak byś się zachowywała w stosunku do nich ? Olała ? No to przepraszam bardzo, ale nie jestem tobą ! A z chłopakami spędzam czas, bo wierzę, że mój Chris jest uczciwy i mi ufa. Dlaczego mam nie mieć dobrych kontaktów z całą klasą ? Z chłopakami też ! Bo co ? Bo tobie się to nie podoba ? Bo twoje życie jest kolorowe ? Bo jesteś zapatrzona w siebie ? W takim razie ja już nie mam przyjaciółki. – Powiedziałam i wybiegłam z pokoju. Pierwsze łzy spływały po moich policzkach. Nareszcie wszystko z siebie wyrzuciłam. Szczerze ? Ulżyło mi. Szybko pobiegłam do korytarza, włożyłam buty i kurtkę i wyszłam z domu. Rose nawet się nie kwapiła, żeby za mną pobiec. Teraz to dopiero pokazała swoją przyjacielskość ! Ale cieszę się, że się o tym przekonałam. Lepiej późno, niż wcale. Szłam przed siebie. Na drodze nie było ani jednego samochodu. Wszyscy siedzieli w domach i świętowali. Nagle telefon mi zabrzęczał. Dostałam smsa od… Rose.
W Boże Narodzenie to my wybraliśmy się do mojego brata i jego narzeczonej. Dowiedziałam się tam, że zostanę ich druhną na ślubie. Wybierałam z Gabriele sukienkę, która podobała mi się, jak żadna inna. Gabi kupiła ją już kiedyś dla swojej młodszej siostry. Okazało się, że razem z tą dziewczyną mamy identyczne rozmiary. Kiecka leżała na mnie, jakby była uszyta na miarę. Idealna.
- Ok. Skoro ja jestem druhną, to kto jest druhem ? – spytałam.
- Druhem został mój znajomy z Blackpool, Kasper. Ma 18 lat. Powiedział, że postara się do nas przyjechać na czas. Wiesz… robi sobie przedwczesnego sylwestra z kolegami. – Gabriele zrobiła minę a’la face palm.
- Ha ha ha ha, rozumiem cię. – Powiedziałam przez łzy śmiechu. Mina Gabi mówiła wszystko.
Gabriele okazała się być świetną dziewczyną. Wesoła, miła, przyjacielska, śmieszna, życzliwa. Mnóstwo jest czasowników, które by ją opisały. Cieszę się, że będzie moją szwagierką. Tak właściwie to jest trochę przeciwieństwem Matthewsa. Ale tylko troszeczkę. Mati jest… trochę dynamiczny. Lubi wszystko, co jest żywe. Ale tak nie dosłownie. Bo chodzi mi o to, że on uwielbia, jak się coś dzieje, jak jest jakieś zamieszanie lub napięta atmosfera. Swoimi żartami załatwia sprawę. Po 5 minutach kłótni następuje 50 minut śmiechu. I za to zdążyłam go pokochać.
Do domu wróciliśmy około 22:00. Musiałam sobie jakoś odrobić te… 16 lat niewiedzy o moim bracie, dlatego też ciągle przedłużałam powrót do domu. Dzisiejszy dzień zaliczam do zdecydowanie udanych.
Drugiego dnia świąt miała do nas przyjechać ciocia Bella z wujkiem Rudolfem. Jednak nie miałam chyba ochoty na całuski z ciocią, która miała płomienną czerwoną szminkę i nawyk całowanie ludzi po trzy razy w każdy policzek. Dlatego też porozmawiałam z mamą i – za jej zgodą oczywiście – nocowałam u Rose razem z Susi. Ostatnio moje kontakty z dziewczynami odrobinę osłabły. Chyba są zazdrosne, że spędzam większość czasu z Julie i Clarą no i z chłopakami. Nie rozumiem ich, ponieważ a) chodzę z dziewczynami do szkoły i to normalne, że spędzamy ze sobą mnóstwo czasu. Szkoły przecież nie rzucę. A poza tym to b) Chris nie jest zazdrosny o moje ciągłe kontakty z chłopakami. Chyba pogadam o tym dzisiaj z dziewczynami.
Tak więc o szesnastej ulotniłam się z domu. Na dworze było już ciemno. Jedynie gwiazdy i pobliskie latarnie uliczne rozświetlały świat. Niebo było bezchmurne. Piękne.Ubrana byłam w granatowe rurki, czerwony sweterek z reniferem oraz buty nike. Na uszach widniały mi kolczyki – ciasteczka, a na ręce bransoletka wyglądająca, jakby była robiona ze sznurka. Miałam na sobie jeszcze ciepłą, zimową kurtkę z ocieplanym kapturem. Do domu Rose doszłam w ok. 20 minut. Zazwyczaj idę na skróty i jestem w 10, ale warunki pogodowe (CZYTAJ : ciemność, której się boję) mi na to nie pozwalały. Wolę dłużej, a bezpieczniej. Przywitała mnie pani Gray. Mama Rose była dosyć tęgą kobietą z rudawymi włosami i piegami niemal na każdej części twarzy. Jej piwne oczy dodawały jej tylko uroku.
- Och, dzień dobry Melanie. – Uśmiechnęła się do mnie szczerze starsza kobieta. – Co cię do nas sprowadza ? – Zapytała.
- Dzień dobry. Miałam dzisiaj nocować u Rose… nie mówiła pani ? – Spytałam. Nie jestem pewna, czy wyszło to zbyt grzecznie, ale zdziwienie nie pozwalało sobie wydobyć ze mnie choćby krzty kultury.
- Wspominała mi tylko, że ma przyjść Susan. – Pani Gray także była mocno zdziwiona. – Och, gdzież moje maniery ! Proszę, wejdź. – Weszłam do domu. Zawsze było tu bardzo przytulnie. Ściągnęłam kurtkę i buty i skierowałam się na górę, do pokoju Rose. Zapukałam w drzwi : odpowiedziało mi cichutkie „proszę”.
- Cześć dziewczyny. – Uśmiechnęłam się promiennie. Weszłam, zamykając za sobą drzwi.
- Och, to ty. – Odparła Susan. Moje oczy powoli robiły się wielkości spodków od herbaty. Całkiem milutkie powitanie, nie ma co !
- Co cię do nas sprowadza ? – Zapytała Rose. Aż otworzyłam usta ze zdziwienia. Dlaczego były dla mnie takie oschłe ?
- Rozmowa. – Powiedziałam krótko, ale stanowczo. Usiadłam na łóżku. – Możecie mi powiedzieć, o co chodzi ? – Spytałam. Na kilometr dało się u mnie wyczuć zdenerwowanie zmieszane ze złością. Ja ich nigdy tak nie traktowałam !
- A o co ma chodzić ? O nic nie chodzi. – Odparła wymijając Susi.
- Właśnie widzę, jak o nic nie chodzi ! Dziewczyny, dlaczego jesteście dla mnie takie oschłe ? Czemu nie chcecie ze mną rozmawiać ? Czemu nie odbieracie telefonów ? Dlaczego nie możemy normalnie porozmawiać ? – Spytałam. Ledwo, co skończyłam, a odezwała się Rose. Była wściekła.
- Porozmawiać ?! Dziewczyno, ty chyba nie wiesz, co mówisz ! Jak mamy z tobą rozmawiać, skoro widzimy się raz na miesiąc ? Okej, może my też mamy mnóstwo roboty w szkole i w ogóle, ale jakoś znajdujemy dla siebie czas ! A nie latamy za jakimiś pieprzonymi koleżaneczkami albo koleżkami ! – Rose niemal krzyczała. Starała się nie podnosić głosu, żeby jej mama nie przyszła. A ja… w jednej chwili cała krew odpłynęła z mojej twarzy. Czułam się okropnie.
- S-słucham ? Jak możesz tak mówić ?! Ja się staram ! Spędzam czas z Clarą i Julie, bo obie tego potrzebują ! Obie przeszły w życiu już tyle, co wy nigdy nie przejdziecie do końca swoich dni ! A przynajmniej ty, Rose. – To ostatnie zdanie powiedziałam już ciszej. Przypomniałam sobie, że przecież Susi straciła ojca.
- Niby co takiego one mogły przejść, czego ja nigdy nie przejdę w życiu ?! – Rose wstała. Susan już się nie odzywała. Widocznie nie miała zamiaru brać udziału w kłótni.
- Jedną ojciec molestował w dzieciństwie, a druga prawie się utopiła ! – Wykrzyczałam jej prosto w twarz. – Jak ty byś się czuła, gdyby spotkało cię coś takiego ? Albo gdybyś spotkała w życiu takie osoby, jak byś się zachowywała w stosunku do nich ? Olała ? No to przepraszam bardzo, ale nie jestem tobą ! A z chłopakami spędzam czas, bo wierzę, że mój Chris jest uczciwy i mi ufa. Dlaczego mam nie mieć dobrych kontaktów z całą klasą ? Z chłopakami też ! Bo co ? Bo tobie się to nie podoba ? Bo twoje życie jest kolorowe ? Bo jesteś zapatrzona w siebie ? W takim razie ja już nie mam przyjaciółki. – Powiedziałam i wybiegłam z pokoju. Pierwsze łzy spływały po moich policzkach. Nareszcie wszystko z siebie wyrzuciłam. Szczerze ? Ulżyło mi. Szybko pobiegłam do korytarza, włożyłam buty i kurtkę i wyszłam z domu. Rose nawet się nie kwapiła, żeby za mną pobiec. Teraz to dopiero pokazała swoją przyjacielskość ! Ale cieszę się, że się o tym przekonałam. Lepiej późno, niż wcale. Szłam przed siebie. Na drodze nie było ani jednego samochodu. Wszyscy siedzieli w domach i świętowali. Nagle telefon mi zabrzęczał. Dostałam smsa od… Rose.
Ty mnie chyba w ogóle nie znasz.
Kolejne słone łzy. Szybko jej odpisałam.
I chyba nie chcę cię poznać…
Kolejny sms nie przyszedł. To był definitywny koniec naszej przyjaźni. Zastanawiałam się, jak będzie teraz z Susan. Ona też się ode mnie odwróci ? Też stwierdzi, że nie pasuję do ich towarzystwa ? To zależy już tylko od niej. Może wybierze trochę inną ścieżkę niż Rose…
Może łez na moich policzkach. Nie miałam ochoty wracać do domu w takim stanie. Wybrałam się do miasta. Wszystko było pięknie oświetlone i ubrane. Big Ben i most pięknie świeciły żółtymi lampkami, natomiast choinki, urząd miasta i mnóstwo innych budynków promieniowało kolorami tęczy. Wszędzie były lampki świąteczne. I bombki. Miasto wyglądało dzisiaj bardzo dziwnie. Nigdzie nie spotkałam jeszcze samochodu. Było tak… cicho. Nastrojowo. Podeszłam pod murek stojący koło zegara i usiadłam na nim. Był bardzo szeroki, więc spokojnie podciągnęłam nogi pod brodę. Spojrzałam na Tamizę. Wszystkie światła tak przepięknie odbijały się w gładkiej tafli wody. Rzeka nie była zamarznięta. W ogóle nie odczuwałam grudniowego mrozu. Przymknęłam oczy. Rozkoszowałam się ciszą, gdy nagle… ktoś odchrząknął. Gwałtownie otworzyłam powieki i moim oczom ukazał się Bruno, mój sąsiad z ulicy.
- Ooo, hej Bruno. – Powiedziałam niepewnie. Ku mojej uldze, chłopak się uśmiechnął.
- Cześć Mel. A co ty tak sama siedzisz tutaj, w drugi dzień świąt ? – Usiadł na murku, koło mnie. Jednak zaczął mi się przyglądać. – Chwila… ty płakałaś ? – Ujął mój podbródek, zmuszając mnie tym, żebym na niego popatrzyła. – Chris ?
- Niee. Rose. – Odparłam krótko. Czasami rozumiemy się nawet jednym słowem. Bruno bez słowa przybliżył się do mnie i objął ramieniem. Wtuliłam się w jego tors, jak mała dziewczynka. Jednak po chwili odsunęłam się od niego. Mimo, że byliśmy w mieście sami, nie chciałam, żeby ktoś nas zobaczył, a potem rozpuścił plotki. Wolę chuchać na zimne. Popatrzyłam na Brunona przepraszającym wzrokiem.
- Rozumiem. – Uśmiechnął się pocieszająco. Naprawdę mnie rozumiał. – Opowiadaj, co się stało. – Zaproponował. Opowiedziałam mu pokrótce o całym zdarzeniu w domu Rose. Bruno nie wierzył własnym uszom. – Naprawdę ? Rose powiedziała coś takiego ? – Jemu, tak samo jak mi, trudno było uwierzyć w całe to zamieszanie.
- Niestety. – Cudem hamowałam własne łzy.
- Nie martw się. Najwyraźniej nie była oddaną przyjaciółką, skoro powiedziała takie niestworzone rzeczy. – Pocieszał mnie Bruno.
- Dzięki Bruno. Z tobą to zawsze można pogadać o wszystkim. – Uśmiechnęłam się blado.
- Do usług. – Zrobił tak czarującą minę, że aż żal mi było nie zaśmiać się. Po chwili i brunet dołączył do mnie i śmialiśmy się jak opętani. – Ale teraz, droga pani, wracajmy już, bo jeszcze się rozchorujesz na wesele brata. – Powiedział już całkiem poważnie.
- Skąd ty … ?
- Skąd wiem, że Matthew się żeni ? Też dostałem zaproszenie. – Uśmiechnął się promiennie. – Gabriele jest moją kuzynką. Przyjeżdżała do nas czasami. – Odparł gładko.
- No tak ! Wiedziałam, że gdzieś już ją widziałam ! – Powiedziałam triumfalnie.
Wróciliśmy do domu w około 15 minut. Bardzo nie chciałam spędzać reszty tego dnia z ukochaną rodzinką. Miałam ochotę przejść do mojego pokoju niezauważona, ponieważ kiedy tylko ściągnęłam buty i kurtkę…
- Mel ? – Dobiegł mnie głos mamy. Była w kuchni i przygotowywała jakieś danie. – A co ty robisz w domu ? Nie miałaś nocować u Rose ? A może czegoś zapomniałaś ? Przecież nie wzięłaś piżamy i szczoteczki ! – Mama zalewała mnie pytaniami, nie dając mi dojść do słowa.
- Mamo. – Nagle mama uciszyła się. – Pokłóciłam się z Rose. Ale nie chcę teraz o tym mówić, pogadamy potem. Przywitam się z ciocią i wujkiem, a potem pójdę do swojego pokoju. – Stwierdziłam, że okłamywanie mamy nie ma sensu, bo przecież prędzej, czy później i tak dowiedziałaby się prawdy. Podeszła do mnie i z matczyną troską przytuliła. Za to właśnie kocham moją mamę. Nie zadaje pytań, kiedy tego nie chcę i świetnie umie mnie wyczuć.
- Oczywiście kochanie. Połóż się. – Mama ucałowała mnie w czoło, a ja uśmiechnęłam się blado i wyszłam z kuchni. Przywitałam się z wszystkim i powiedziałam, że z chęcią zostałabym na dole, ale boli mnie głowa i chciałam się położyć. Niby kłamstwo nie jest najlepszym rozwiązaniem, ale nie chciałam obarczać własnymi problemami wujostwa, z którym widzimy się dwa razy do roku : na Wielkanoc i teraz. Nie nacieszą się sobą, a może kiedyś im to wszystko opowiem.
Kiedy położyłam głowę na poduszce, od razu po moich policzkach zaczęły spływać łzy. Chciałam je zatamować, ale nie dało się. Muszę się wypłakać. Lepiej teraz, w samotności, niż przy rodzicach, czy znajomych.
6 dni później…
Stałam właśnie przed kościołem, trzymając Chrisa za rękę.
Czekaliśmy, aż pojawi się para młoda. Matthew i Gabriele zaprosili chyba ze 100
gości ! Nie wiem dokładnie, ile, ale było ich mnóstwo. Każdy był ubrany
wyjątkowo, inaczej. Ja miałam na sobie sukienkę, którą wybrała panna młoda we własnej osobie. Uwielbiałam śluby, mimo, że byłam dopiero na dwóch. Teraz
zdarzyła się pierwsza taka okazja, kiedy jestem druhną. Zastanawiało mnie trochę,
jak wyglądał ten chłopak, o którym mówiła Gabi. Miał na imię chyba Kasper. Miałam
właśnie odpowiedzieć na pytanie Chrisa, że cieszę się, iż mój brat nareszcie
się żeni, ale nagle podjechał czarny Volkswagen Touareg z białymi kokardkami na
masce. Para młoda. Najpierw wysiadł Matthew w swoim czarnym garniturze.
Podszedł szybko i otworzył drzwi Gabriele. O matko ! Ta dziewczyna wyglądała co
najmniej, jak 1 000 000 dolarów !! Była przepiękna. Jej sukienka była
niby zwyczajna, a jednak magiczna. Gabi puściła do mnie oczko.
- Chris, Gabriele puściła do mnie oczko. Muszę już iść. – Powiedziałam do swojego chłopaka. Ucałowałam go jeszcze w policzek i podeszłam do pary młodej.
- Cześć kochani. Słuchajcie, wyglądacie zjawiskowo! Wiem, życzenia składa się dopiero po ślubie, ale potem się o was nie dopcham. Dlatego teraz chciałabym wam życzyć mnóstwo szczęścia na nowej drodze życia, żeby wam się dobrze wychowywało Teddy’ego, żeby nigdy nie było między wami sprzeczek i żebyście razem byli do końca życia. – W oczach Gabriele powoli kręciły się łezki, chociaż nie pozwoliła ich wypuścić.
- Bardzo ci dziękujemy Mel. – Powiedział Mati. Ucałowałam zarówno jego, jak i Gabi i wtedy pojawił się Kasper. Żywe bóstwo ! Był to chyba najprzystojniejszy chłopak, jakiego kiedykolwiek w życiu widziałam. Miał odrobinę ciemniejszą karnację od mojej, krótkie włosy z bujną grzywką, postawioną na żel, magiczne oczy wyglądające, jak ocean i śliczny uśmiech. Ideał, pomyślałam. Nagle, chociaż sama tego nie planowałam, odwróciłam się do Chrisa i posłałam mu najpiękniejszy uśmiech, na jaki było mnie stać. Zadziałał mój mózg. Naprawdę ! Wybrał sam za mnie ! Ja – chociaż głupio mi się przyznać – myślałam wtedy o Kasprze, a nie Chrisie. TO znaczy, że mój mózg wie lepiej, kto jest moim ideałem. Dobra robota móżdżku.
Nagle rozległ się marsz weselny i para młoda weszła do kościoła. Razem z Kasprem, powoli kroczyliśmy za nimi. Gabi i Mati robili razem niesamowite wrażenie. Para, jak z bajki.
Kiedy padały słowa przysięgi małżeńskiej, po moim policzku stoczyła się samotna łza. Łza szczęścia, oczywiście. Byłam bardzo zadowolona, że Matthew – mimo, iż znałam go jakieś pół roku – znalazł sobie drugą połówkę na całe życie. Zastanawiałam się, jak będzie wyglądał mój ślub. Zanim zdecyduję się na podjęcie tej zmiany, minie jeszcze trochę czasu. Ale mam nadzieję, że obok mnie, na ślubnym kobiercu, stanie Chris. Kocham tego człowieka całym swoim sercem i nie chciałabym go oddać nikomu innemu.
- Ja, Gabriele biorę sobie ciebie, Matthewsie za męża i ślubuję ci… - Te słowa zawsze mnie urzekały. Czy na prawdziwym ślubie, czy na filmie. Po prostu, kiedy je słyszałam, robiło mi się ciepło na duszy.
Po ceremonii, która trwała dwie godziny, państwo młodzi wyszli na zewnątrz. Zostali obrzuceni przez jakieś młodsze dzieciaki ryżem i drobniakami. Uśmiałam się przy tym, bowiem Matiemu wpadł ryż do oka, przy czym miotał się jak dziki. Potem wszyscy zbiegli się, żeby złożyć im serdeczne życzenia z okazji ich ślubu. W tej samej chwili ja popatrzyłam się na Matthewsa i Gabriele, a oni na mnie. Uśmiechnęliśmy się wszyscy do siebie. Mówiłam, ze tak będzie i to chyba oznaczał ich uśmiech. Po chwili dołączył do mnie Chris.
- Hej kotek. – Uśmiechnął się. – Ty płakałaś ?
- Jedna łza, która oddaje emocje z całego dzisiejszego dnia. – Puściłam oczko w jego stronę , a kąciki moich ust także drgnęły i poszły w górę, tworząc delikatny uśmiech. Chris pocałował mnie. Słodko i namiętnie. Nagle, ku mojemu zdziwieniu, podszedł do nas Kasper.
- Cześć, jestem Kasper. A wy ? – Zapytał się nas, chociaż ciągle patrzył na mnie.
- Ja jestem Melanie, a to mój chłopak, Chris. – Specjalnie przedstawiłam Chrisa, bo chciałam dodać wzmiankę o tym, że jesteśmy parą. Mina Kaspra od razu jakoś tak dziwnie przygasła, a ja uśmiechnęłam się triumfalnie. Brunet uśmiechnął się, a potem udał, że jego „dziewczyna” do niego pisze i że musi iść jej poszukać. Szybko się zmył.
- Powiedziałaś to specjalnie. – Odezwał się Chris, ale także się uśmiechnął.
- Pożerał mnie wzrokiem, więc musiałam coś zdziałać. – Pocałowałam go w policzek. – Chodźmy do samochodu, zaraz pewnie przyjdą rodzice. – Powiedziałam.
- Chris, Gabriele puściła do mnie oczko. Muszę już iść. – Powiedziałam do swojego chłopaka. Ucałowałam go jeszcze w policzek i podeszłam do pary młodej.
- Cześć kochani. Słuchajcie, wyglądacie zjawiskowo! Wiem, życzenia składa się dopiero po ślubie, ale potem się o was nie dopcham. Dlatego teraz chciałabym wam życzyć mnóstwo szczęścia na nowej drodze życia, żeby wam się dobrze wychowywało Teddy’ego, żeby nigdy nie było między wami sprzeczek i żebyście razem byli do końca życia. – W oczach Gabriele powoli kręciły się łezki, chociaż nie pozwoliła ich wypuścić.
- Bardzo ci dziękujemy Mel. – Powiedział Mati. Ucałowałam zarówno jego, jak i Gabi i wtedy pojawił się Kasper. Żywe bóstwo ! Był to chyba najprzystojniejszy chłopak, jakiego kiedykolwiek w życiu widziałam. Miał odrobinę ciemniejszą karnację od mojej, krótkie włosy z bujną grzywką, postawioną na żel, magiczne oczy wyglądające, jak ocean i śliczny uśmiech. Ideał, pomyślałam. Nagle, chociaż sama tego nie planowałam, odwróciłam się do Chrisa i posłałam mu najpiękniejszy uśmiech, na jaki było mnie stać. Zadziałał mój mózg. Naprawdę ! Wybrał sam za mnie ! Ja – chociaż głupio mi się przyznać – myślałam wtedy o Kasprze, a nie Chrisie. TO znaczy, że mój mózg wie lepiej, kto jest moim ideałem. Dobra robota móżdżku.
Nagle rozległ się marsz weselny i para młoda weszła do kościoła. Razem z Kasprem, powoli kroczyliśmy za nimi. Gabi i Mati robili razem niesamowite wrażenie. Para, jak z bajki.
Kiedy padały słowa przysięgi małżeńskiej, po moim policzku stoczyła się samotna łza. Łza szczęścia, oczywiście. Byłam bardzo zadowolona, że Matthew – mimo, iż znałam go jakieś pół roku – znalazł sobie drugą połówkę na całe życie. Zastanawiałam się, jak będzie wyglądał mój ślub. Zanim zdecyduję się na podjęcie tej zmiany, minie jeszcze trochę czasu. Ale mam nadzieję, że obok mnie, na ślubnym kobiercu, stanie Chris. Kocham tego człowieka całym swoim sercem i nie chciałabym go oddać nikomu innemu.
- Ja, Gabriele biorę sobie ciebie, Matthewsie za męża i ślubuję ci… - Te słowa zawsze mnie urzekały. Czy na prawdziwym ślubie, czy na filmie. Po prostu, kiedy je słyszałam, robiło mi się ciepło na duszy.
Po ceremonii, która trwała dwie godziny, państwo młodzi wyszli na zewnątrz. Zostali obrzuceni przez jakieś młodsze dzieciaki ryżem i drobniakami. Uśmiałam się przy tym, bowiem Matiemu wpadł ryż do oka, przy czym miotał się jak dziki. Potem wszyscy zbiegli się, żeby złożyć im serdeczne życzenia z okazji ich ślubu. W tej samej chwili ja popatrzyłam się na Matthewsa i Gabriele, a oni na mnie. Uśmiechnęliśmy się wszyscy do siebie. Mówiłam, ze tak będzie i to chyba oznaczał ich uśmiech. Po chwili dołączył do mnie Chris.
- Hej kotek. – Uśmiechnął się. – Ty płakałaś ?
- Jedna łza, która oddaje emocje z całego dzisiejszego dnia. – Puściłam oczko w jego stronę , a kąciki moich ust także drgnęły i poszły w górę, tworząc delikatny uśmiech. Chris pocałował mnie. Słodko i namiętnie. Nagle, ku mojemu zdziwieniu, podszedł do nas Kasper.
- Cześć, jestem Kasper. A wy ? – Zapytał się nas, chociaż ciągle patrzył na mnie.
- Ja jestem Melanie, a to mój chłopak, Chris. – Specjalnie przedstawiłam Chrisa, bo chciałam dodać wzmiankę o tym, że jesteśmy parą. Mina Kaspra od razu jakoś tak dziwnie przygasła, a ja uśmiechnęłam się triumfalnie. Brunet uśmiechnął się, a potem udał, że jego „dziewczyna” do niego pisze i że musi iść jej poszukać. Szybko się zmył.
- Powiedziałaś to specjalnie. – Odezwał się Chris, ale także się uśmiechnął.
- Pożerał mnie wzrokiem, więc musiałam coś zdziałać. – Pocałowałam go w policzek. – Chodźmy do samochodu, zaraz pewnie przyjdą rodzice. – Powiedziałam.
W restauracji…
Kiedy państwo młodzi weszli, przywitani chlebem z solą i wódką, rozległa się muzyka. Orkiestra zaczęła grać „sto lat” i każdy przyłączył się do śpiewania. Potem zasiedliśmy do stołu. Podano rosół z makaronem, a potem udka z sosem pieczarkowym i puree ziemniaczane oraz zestaw surówek. Wszystko wyglądało bardzo apetycznie, ale nie mogłam jeść, ponieważ bolał mnie brzuch. Ten wieczór będzie i wyjątkowy i nie najlepszy.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz